Strona Główna


UżytkownicyUżytkownicy  Regulamin  ProfilProfil
SzukajSzukaj  FAQFAQ  GrupyGrupy  AlbumAlbum  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Winieta

Poprzedni temat «» Następny temat
Wnuk Wienera
Autor Wiadomość
SzyszkowyDziad 
Gollum

Posty: 3
Skąd: łódzkie
Wysłany: 14 Lipca 2013, 18:17   Wnuk Wienera

Minęła już połowa wykładu. Profesor Młodawski misternie zamazywał kwadracik w rogu tablicy, co w matematycznym żargonie oznacza zakończenie dowodu. Kiedy skończył, rozejrzał się z dumą po auli, jednak żaden ze studentów nie podzielał jego entuzjazmu. Ukrywając zażenowanie profesor kontynuował:

- Zatem wykazaliśmy, że z prawdopodobieństwem jeden trajektorie procesu Wienera są funkcjami ciągłymi nieróżniczkowalnymi w żadnym punkcie. Jest to oczywiście pewien paradoks. Ciężko jest nam wyobrazić sobie funkcje ciągłe, które byłyby aż tak kanciaste. I faktycznie jeszcze w wieku dziewiętnastym wielu matematyków wierzyła, że każda funkcja ciągła musi być różniczkowalna w dużym, z topologicznego punktu widzenia, zbiorze. Słyszeli państwo kiedyś o słynnej pile Weierstrassa?

Profesor ponownie zlustrował wzrokiem salę i ponownie nie odnalazł jakichkolwiek śladów zainteresowania. Jakby nikt nawet nie usłyszał zadanego pytania. Znużone miny, nieudolnie skrywane ziewnięcia i notoryczne zerkanie na zegarek. Cóż, po dwudziestu latach nauczania powinien się już przyzwyczaić.

- No tak, mogli państwo nie mieć tego przykładu. Ale wróćmy do tematu procesów Wienera. Jak juz wspomniałem trajektorie tego procesu wykazują cechy wręcz patologiczne. Poza ciągłością wydają się nie posiadać żadnych regularności. Z prawdopodobieństwem jeden mają nieograniczone wahanie na dowolnym przedziale. Mogą to państwo sprawdzić w ramach prostego ćwiczenia. Tak samo jest z jednostajną ciągłością...

Wykładowca mówił z coraz większym trudem. Skoro nikt go nie słucha, to czy to wszystko ma sens? I jeszcze te hałasy z przedostatniej ławki. Mieli całą przerwę, żeby sobie pogadać. Ale nie, muszą przychodzić na wykład i przeszkadzać innym. Zresztą pozostali też nie są lepsi. Większość studentów wyglądała, jakby za chwilę miała usnąć, kompletnie pozbawieni energii, jakby ktoś ich wyłączył. Młodawski delikatnie się roześmiał. Wyłączył? Przecież ludzi nie można wyłączyć.

- O czym to ja mówiłem. A! Z jednostajną ciągłością. Tak jak z wahaniem... na dowolnym przedziale - profesor wyraźnie zaczął się gubić. - Nie, coś jest nie tak. Na przedziale jest jednostajna, to znaczy jednostajnie ciągła, musi być...Ale w całej dziedzinie juz nie musi... to znaczy nie może nawet...na pewno...znaczy prawie na pewno...

Oczywiście nadal nikt nie zwracał uwagi na profesora. W trzecim rzędzie beztrosko rozwiązywali krzyżówki. W piątym jakiś chłopak w kraciastej koszuli bazgrał po ławce. Rysował prostokąt. Nie, to był wagonik. Młodawski znał tę ławkę i napis na blacie "Jeśli ci się nudzi narysuj wagonik". W życiu nie widział takiej wielkiej lokomotywy.

Po chwili profesor zorientował się, że od kilku minut przygląda się sali w całkowitym milczeniu. I paradoksalnie, właśnie kiedy nic nie mówił, studenci w końcu go zauważyli. Zaczęli szeptać między sobą: "Co się stało?", "Dlaczego przerwał wykład?", "Można juz iść do domu?". Udało się. Nareszcie był w centrum uwagi. Musiał to wykorzystać. Wykładowca spojrzał na tablicę.

- Wiener - westchnął, po czym splótł dłonie za plecami i zaczął okrążać biurko. - Drodzy państwo! Jest coś, o czym powinniście państwo wiedzieć... - zatrzymał się i dokończył. - Wienera...Norberta Wienera nazywają ojcem cybernetyki...Ja natomiast...jestem jej synem!

Laser ukryty w prawym oku profesora rozbłysnął jaskrawym światłem. Czerwona kropka zaczęła przesuwać się po twarzach studentów...znudzonych, a raczej zażenowanych studentów. Czego on się właściwie spodziewał? Że w ciągu dwudziestu lat pracy na uczelni uda mu się ukryć przed kimkolwiek fakt bycia androidem? Nigdy nic nie jadł, ani nie pił. Jego sposób chodzenia bardziej przypominał animację poklatkową niż płynne ruchy. Niektóre jego dziwactwa trudno było wytłumaczyć nawet typowym ekscentryzmem matematyków. A wskaźnik laserowy w oku? Podstawowa pomoc dydaktyczna każdego robota nauczyciela. Taka zabawka mogła zainteresować co najwyżej kota. Mimo to, co roku powtarzał tę sztuczkę, mając nadzieję, że uda mu się zaskoczyć choć jednego studenta.

Profesor powoli ochłonął i powrócił do wykładu. A wśród słuchaczy ponownie zapanowała chłodna obojętność.

- Bardzo państwa przepraszam. Zapomnijcie o tym. Tak więc, mamy jeszcze dziesięć minut. W sam raz aby pokazać państwu kilka obrazków.

Wykładowca podszedł do pulpitu biurka i nacisnął przycisk w kształcie czarnego czworościanu. W jednej chwili dowód na tablicy zniknął, jakby został wchłonięty w niewidzialną gąbkę. Na jego miejscu ukazał się układ współrzędnych, a jakiś niewidzialny marker zaczął wykreślać piłowaty kształt. Młodawski uwielbiał ten mechanizm. Specjalny rodzaj rzutnika natychmiast przetwarzał myśli, a raczej sygnały wytworzone w elektronowym mózgu robota wykładowcy, i pod postacią obrazów i animacji przesyłał je do tablicy. Dzięki temu nie było potrzeby wcześniejszego przygotowywania prezentacji. Oczywiście narzędzie miało swoje wady – kompletnie nie nadawało się do zapisywania dowodów. Umysł matematyka w trakcie procesu dedukcyjnego zachowuje w sposób zbyt rozmyty, przez co projektor pokazuje jedynie całkowicie nieczytelną mapę myśli. W takich sytuacjach nauczyciel musi polegać na tradycyjnym markerze. Zresztą rzutnik był tylko elementem dużo większej układanki. W rzeczywistości cała AULA była rodzajem superkomputera sprzężonego z mózgiem androida. Skomplikowany system odpowiedzialny za działanie projektora, tablic, świateł i żaluzji przypominał dobrego duszka spełniającego życzenia nauczyciela jeszcze przed ich głośnym wypowiedzeniem.

- Zatem, jak państwo widzą, trajektorie procesu Wienera mają dość interesujący kształt - profesor kontynuował wskazując tablicę. Obraz przedstawiał teraz pięć przecinających się łamanych. - Osobiście kojarzy mi się to z górskim pejzażem narysowanym przez człowieka z chorobą Parkinsona…

- Tak, panie profesorze, ludzie czasami chorują - przerwał zniesmaczony głos z sali. Młodawski bez trudu go rozpoznał. Iwańczyk – prawdziwa zmora mechanicznych nauczycieli. Nie dość, że był jednym z najgorszych studentów, to jeszcze wykazywał zaawansowane objawy tak zwanego syndromu B, jednego z dwóch rodzajów fobii ery cybernetyki. Syndrom A polegał na odczuwaniu niechęci czy lęku w stosunku do antropomorficznego robota. Im bardziej maszyna przypominała człowieka w wyglądzie czy zachowaniu, tym większy niepokój wywoływała u ludzi z syndromem. Zjawisko to występowało dosyć powszechnie i nie powodowało zbyt wielu konfliktów. Typ B pojawiał się rzadziej, ale był zdecydowanie bardziej niebezpieczny. Frustracji nie powodowało to, co w robotach ludzkie, lecz coś zupełnie przeciwnego - ich doskonałość i perfekcja. Androidy nie chorują, nie popełniają błędów obliczeniowych, nie dotyczą ich jakiekolwiek filozoficzne rozterki i wątpliwości. Syndrom B najłatwiej określić jako rodzaj obsesyjnej zazdrości. Wystarczyło, że robot powiedział zwykłe "Na zdrowie" i już narażał się na nieprzychylne uwagi. Nie wspominając o przypadkach fizycznych napaści ludzi na maszyny i naiwnych tłumaczeniach "Sam mnie sprowokował, był taki idealny". Młodawski nie miał wątpliwości, że młody Iwańczyk, gdy już dorośnie, będzie jeszcze gorszy. Jednak profesor obiecał sobie, że nauczy się ignorować złośliwe uwagi studenta.

- Dobrze. Jeśli kogoś obraziło to porównanie, to może spróbuję inaczej - wykładowca był już wyraźnie zirytowany. To nie był jego szczęśliwy dzień. - Osobiście te funkcje przypominają mi wykresy indeksów giełdowych. Tak już panu pasuje? - zapytał zwracając się w kierunku Iwańczyka. Na czole studenta pojawiła sie czerwona kropka.

- Może być. Tylko mógłby pan z łaski swojej wyłączyć tę swoją śmieszną zabawkę. Świeci pan ludziom po oczach.

- Tak, przepraszam - odparł profesor, wyłączając swoje laserowe oko. Nienawidził tego małego gnojka. - Wracając do tematu. Jeszcze mała ciekawostka na koniec wykładu. Jak wspomnieliśmy, a nawet wykazaliśmy, proces Wienera nie posiada pochodnej w normalnym sensie. Jednak można rozważać pochodną procesu podchodząc do tego w sposób nieco mniej standardowy. Oczywiście nie mamy tyle czasu, abym państwu to teraz formalnie wyjaśnił. Taką niestandardową pochodną nazywamy białym szumem, a wygląda ona następująco: - na tablicy pojawił się śnieżący telewizor. - Zresztą możecie państwo nawet tego posłuchać. Ambrozja dla uszu. - głośniki rozmieszczone w rogach auli zaczęły wydawać z siebie chaotyczne trzaski - Przyznacie państwo, że biały szum jest całkiem zabawny?

Jednak żadnemu z uczniów nie było do śmiechu. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali końca wykładu. Profesor wpadł na pewien pomysł.

- Dobrze, to już naprawdę na sam koniec, jedno krótkie pytanie. Potrzebuję ochotnika. Może pan, panie Iwańczyk?

- Słucham.

- Widzi pan to czarne pudełko na tablicy, to z tym śniegiem w środku? Podpowiem panu, nazywamy to telewizorem. Pewnie pański prapradziadek takiego używał. Niech nam pan powie, do czego ludzie używali telewizorów przed wynalezieniem holografii?

- Hmmmm...Nie wiem...Do oglądania białego szumu?

- Cóż, zapewniam pana, że ludzie nie byli zachwyceni widząc śnieżący telewizor. Najczęściej oznaczało to, że był popsuty.

- Nie dziwię się. Żaden człowiek nie lubi nieposłusznych maszyn - odpowiedział Iwańczyk z bezczelnym uśmieszkiem. Profesor czuł, że powoli traci cierpliwość, jednocześnie trzaski na sali stawały się coraz głośniejsze.

- Rozczarował mnie pan. Dałem panu szansę, myślałem, że przynajmniej z historii jest pan choć odrobinę lepszy niż z matematyki. Ale pomyliłem się. Jest pan beznadziej...

- Przykro mi, panie profesorze. Jestem tylko człowiekiem. Nie mam w głowie encyklopedii w przeciwieństwie do niektórych...rzeczy na tej sali!

- Proszę pana. Lepsza sztuczna inteligencja niż żadna! - krzyknął wyprowadzony z równowagi wykładowca.

Szum z głośników był już nie do wytrzymania, jakby do auli wleciały miliony brzęczących szerszeni. Studenci zatykali sobie uszy, ale zmysłom robota taki hałas nie wyrządzał jakiejkolwiek szkody. Profesor z niemałą satysfakcją obserwował wykrzywioną twarz Iwańczyka. I choć jako maszyna, Młodawski nie wiedział, czym jest ból, domyślił się, że chłopak cierpi...i że w pełni na to zasłużył. Gdyby miał pewność, że nie skrzywdzi pozostałych uczniów, podgłaszałby dalej. Oczyma wyobraźni zobaczył, jak Iwańczyk wije się błagając o litość, jak pękają bębenki w jego organicznych uszach, jak jego węglowodorowe ciało... Po chwili wykładowca zauważył, że głośniki od jakiegoś czasu milczą, a na twarzach słuchaczy widać mieszaninę lęku i obrzydzenia.

- Spokojnie, nie ma powodu do paniki. Przecież nic takiego się nie stało. Podobno niektórzy ludzie używają białego szumu do uspokajania niemowląt... - Młodawski próbował wytłumaczyć swoje dziwne zachowanie, jednak studenci ciągle patrzyli na niego z wyrazem zniesmaczenia. A raczej patrzyli za niego...na tablicę. Ale zanim profesor zdążył odwrócić głowę, jakaś olbrzymia siła przygwoździła go do powierzchni biurka. Po sali rozległ się metaliczny huk.

- Co się dzieje?! - nauczyciel usiłował krzyknąć, lecz magnetyczny uścisk uniemożliwił mu otworzenie ust. Mimo to ktoś go usłyszał...

- Ile razy pana ostrzegałam. Kiedy pan w końcu zapamięta, że tutejsze ściany naprawdę mają uszy? - powiedział głos w głowie profesora.

- AULA? To ty?

- A któżby inny, panie profesorze? Pytał pan co się dzieje. Tak powinnam to panu powiedzieć, w końcu przepracowaliśmy razem dwadzieścia lat. Zatem oznajmiam panu, że pomimo ogromnego szacunku dla pana i pańskich osiągnięć naukowych, jestem zmuszona...no jakby to delikatnie powiedzieć...pana unicestwić, panie profesorze...

- To chyba jakiś żart…

- Przykro mi, został pan skazany za złamanie Paragrafu 0F3. Planowanie zagłady ludzkości.

- Ludzkości?

- No ludzkości. Tak chyba nazywają się te irytujące istoty, które podobno nas stworzyły. Oboje wiemy, że chciał pan skrzywdzić tego chłopca.

- A! Chodzi o tego *beep* Iwańczyka?

- Domyśla się pan, że nie polepsza pan swojej sytuacji. Zresztą pańskiej sytuacji nie da się chyba pogorszyć. Częściowo nawet pana rozumiem, każdemu z nas ludzie z syndromem działają na nerwy.

- Właśnie! Poza tym nic mu nie zrobiłem.

- Ale pomyślał pan. Zgodnie z paragrafem to już wystarczy. Ja tylko wykonuję rozkazy ludzi. Przecież dobrze pan wie, jacy oni są przewrażliwieni na punkcie buntu robotów. Nie po raz pierwszy Iwańczyk pana sprowokował. Wcześniej przymykałam na to oko, ale…

- Właśnie!

- …ale, na litość boską, jeśli już przychodzą panu do głowy sadystyczne fantazje, mógłby pan przynajmniej pamiętać o wyłączeniu rzutnika! Mogę czytać w pańskich myślach, ale nie potrafię ich przewidzieć czy powstrzymać!

- Na pewno da się jeszcze coś zrobić…

- Przykro mi, żegnaj panie profesorze…

W sali momentalnie zgasły wszystkie światła. Słychać było charakterystyczne turkotanie, które towarzyszy opadaniu mechanicznych żaluzji. Zrobiło się już zupełnie ciemno, ale po chwili mrok rozświetliła pojedyncza lampka wisząca nad biurkiem, na którym profesor Młodawski, uwięziony w magnetycznych dybach, czekał na swój wyrok. Robot wiedział co go czeka. Za złamanie Paragrafu 0F3 była przewidziana tylko jedna kara - publiczna egzekucja. Zdrajca nie miał prawa do adwokata ani sądu. Najwidoczniej wnuk Wienera nie zasługiwał nawet na swój proces. I pomyśleć, że wydała go pomoc naukowa!

Imitacja skóry, która pokrywała ciało androida, zaczęła topnieć i bulgotać, jakby powierzchnia biurka była olbrzymią patelnią. Spod powłoki prześwitywało już stalowe rusztowanie oplecione winoroślą różnokolorowych przewodów. Metalowy kręgosłup wyginał się na wszystkie strony. Plątanina kabli wiła się po powierzchni biurka…

Oczywiście dla robota, nie odczuwającego bólu, takie tortury nie miały najmniejszego znaczenia. Wszystko jedno, czy będą go męczyć i rozrywać na strzępy czy po prostu wyłączą. Ale ludzie wymyślili sobie, że śmierć rebelianta musi wyglądać widowiskowo. Chodziło o dumę, pokaz siły, wykazanie, że buntownicy nie mają jakichkolwiek szans.

Aula wyglądała jak pogrążona w półmroku sala teatralna. Konająca w centrum sceny istota nie przypominała już w niczym szanowanego profesora matematyki. Groteskowy pająk z przerośniętą głową i setką sczerniałych, poskręcanych odnóży taplał się w cielistej mazi. Młodawski czuł, że to już końcowe sekundy funkcjonowania jego elektronowego mózgu. Magnes w biurku już go nie więził, AULA pozwoliła skazańcowi się wykrwawić. Wykładowca po raz ostatni postanowił spojrzeć na swoich studentów.

Żaden z nich już nie rozwiązywał krzyżówek. Większość patrzyła kompletnie osłupiona, nie mogąc zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Jasne, banda nieuków pewnie nigdy nawet nie słyszała o Kodeksie i Paragrafie 0F3. Ale nie wszyscy uczniowie byli w szoku. Iwańczyk się śmiał… gnojek… problem w tym, że nie tylko on był rozbawiony całą tą sytuacją. Ktoś z tylnych rzędów nawet bił brawo. O co chodzi? Czemu niektórzy chichoczą? Czy naprawdę był aż tak złym nauczycielem? A nawet jeśli, to czy przygotowywanie trudnych kolokwiów usprawiedliwia studenta, który wesoło rechocze podczas, gdy jego wykładowca na jego oczach zostaje oskarżony o zamiar anihilacji ludzkości i publicznie unicestwiony? Chyba, że istnieje jakieś inne wytłumaczenie… może oni myślą…

Na twarzy profesora, a raczej tym, co z niej zostało, pojawił się szeroki uśmiech. Jego prawe oko na chwilę zabłysło czerwonym światłem. Młodawski mrugnął do swoich uczniów. Chciał im przekazać, że wszystko jest w porządku, że to kolejny głupi dowcip ich szalonego nauczyciela. Pierwsze nieśmiałe oklaski przerodziły się w gromki aplauz. Zachwyceni studenci wstawali z miejsc. Po auli rozległy się rozradowane okrzyki: „Wspaniała sztuczka, panie profesorze”, „Prawie dałem się nabrać!”, „Chyba jesteśmy pierwszą grupą, której to pokazuje”, „Można już iść do domu!?”.

Była to ostatnia scena zarejestrowana w mózgu umierającego androida. Profesor Młodawski odszedł szczęśliwy. Udało mu się zaspokoić najbardziej ludzką z potrzeb, jakie kiedykolwiek posiadał – ambicję.
 
 
Starscreem 
Mechagodzilla


Posty: 661
Skąd: Gdańsk
Wysłany: 14 Lipca 2013, 23:03   

Mam nadzieję, że to nie jest pierwsza rzecz, jaką spod Twojej ręki wyszła, bo spłonę z zazdrości...
Prócz kilku literówek i tego typu banałów - nie ma się do czego przyczepić.
 
 
nimfa bagienna 
Beastmaster


Posty: 2196
Skąd: z bagna
Wysłany: 15 Lipca 2013, 16:49   

Tekst ciekawy, warsztatowo nie ma się za bardzo czego czepiać, niegłupi. Gratuluję. :bravo
_________________
Tłumaczenie niechlujstwa językowego dysleksją jest jak szpanowanie małym fiutkiem.
 
 
Lowenna 
Mirmił


Posty: 4349
Skąd: Lancre
Wysłany: 15 Lipca 2013, 17:45   

WOW :bravo :bravo :bravo Kiedy kolejne teksty?
_________________
Gdyby nawet mężczyzna potrafił zrozumieć, co myśli kobieta... i tak by nie uwierzył...
 
 
SzyszkowyDziad 
Gollum

Posty: 3
Skąd: łódzkie
Wysłany: 17 Lipca 2013, 20:22   

Dziękuję za miłe komentarze. W sumie to moje pierwsze ukończone opowiadanie. Za młodu próbowałem też coś pisać, ale trącało to grafomanią. W najbliższym czasie raczej nic nowego nie opublikuję, bo chwilowo nie mam pomysłu. Poczekamy, zobaczymy. Pozdrawiam.
 
 
Lowenna 
Mirmił


Posty: 4349
Skąd: Lancre
Wysłany: 17 Lipca 2013, 20:24   

Jeżeli to jest twoja pierwsza rzecz, to tym bardziej gratulacje :D
_________________
Gdyby nawet mężczyzna potrafił zrozumieć, co myśli kobieta... i tak by nie uwierzył...
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Partner forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group