Strona Główna


UżytkownicyUżytkownicy  Regulamin  ProfilProfil
SzukajSzukaj  FAQFAQ  GrupyGrupy  AlbumAlbum  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Winieta

Poprzedni temat «» Następny temat
Wszyscy święci idą do...
Autor Wiadomość
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 20 Marca 2012, 16:14   (1) Wszyscy święci idą do… - Prolog

Lamie Ole Nydahlowi - z wdzięcznością.

Torsje to bez wątpienia jedna z najbardziej poniżających reakcji organizmu. Niby wiadomo, ostatecznie się oczyścisz, usuniesz z ciała to, co mu nie służy, a jednak większość ludzi próbuje uniknąć rzygania, nawet kiedy już wiedzą, że jest nie do uniknięcia. Radju był inny. Skurwiel, niczego nie unikał. Zawsze robił dokładnie to, co trzeba. Cóż, nie był człowiekiem, miał dwa żołądki i wystarczająco dużo zdrowego rozsądku aby nas nie naśladować. Do spróbowania błękitnych grzybków zmusił go rodzony brat, Brejtle. Z miejsca, w którym teraz tkwiłem, widziałem Radju przycupniętego w kucki, tuż obok omszałego pniaka. Heftał dalej niż widział, choć miał aż dwie pary oczu. Ciężko było patrzeć na jego mękę. Czerwone ciżmy i przód tuniki umazane kleistą mazią, drgawki, rzężenie. Prawie było mi go żal. Brejtle panował nad sytuacją. Jego szatański rechot odbijał się po lesie niczym akustyczna kula bilardowa, która jakoś wciąż nie może trafić do łuzy. Wtórował mu histeryczny pisk mojej ukochanej. Nigdy nie potrafiła się śmiać jak dama. W ogóle, rzadko się śmiała i nie była damą, choć zawsze chciała. Zrzędliwa jędza, dopiero zawarte w grzybach halucynogeny rozluźniły ją na tyle, żeby na kwaśnym od wiecznych dąsów obliczu zagościła wreszcie odrobina radości. Chociaż nie, to jednak nie radość. Przestała tylko kontrolować własne demony, diabły, co przez ostatnie lata dręczyły nasz kulawy związek. Pomyśleć, że kiedyś naprawdę kochałem idiotkę.
Rozochocony poczuciem kontroli, Brejtle stał twardo na krótkich, chudych nóżkach i trzymając pod boki ryczał rozdziawiając szeroki, ropuszy pysk. Magda, zgięta w pół, kicała od drzewa do drzewa, kwicząc jak mała świnka. Zgrabne piersi niemal wyskakiwały z przemokniętego biustonosza, a żółto-czerwony hełm translatora przestrzennego prawie zjechał na oczy. Całkowicie przesiąknięty krwią opatrunek zabezpieczający ranę po odciętym palcu, dał asumpt do kolejnego wybuchu obłąkańczej wesołości. Użycie go w charakterze szminki cudownie rozpalało wyobraźnię. Bawiliśmy się znakomicie. No, ja może trochę gorzej, ale to zrozumiałe. W mojej potylicy tkwił jak szpila twardy kikut ułamanej gałęzi. Swoją drogą, musiałem wyglądać zabawnie, wygięty w pałąk, sztywny niczym wzwód *beep*, wsparty o powaloną, mokrą sosnę. Teoretycznie powinienem już nie żyć. Widocznie ułomek był zbyt krótki i nie sięgnął pnia mózgu. Tak czy inaczej, mój durny żywot dobiega końca.
Jak do tego doszło? Jak szara egzystencja miejskiego wałkonia, tchórza i ignoranta, zmieniła się w gigantyczny, przesłaniający niebo znak zapytania? W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin widziałem rzeczy, których większość przedstawicieli mojego gatunku nie potrafiłaby sobie nawet wyobrazić. Czy to zmieniło mnie na tyle, żebym mógł odejść spokojny? Nasz świat to jednak bardzo dziwne miejsce. Nigdy nie postawiłbym na to, że skończę tu, gdzie teraz jestem. Nikt by na to nie postawił. Tak naprawdę, z tych trzydziestu z górą lat, spędzonych w niedostatku i pogardzie dla samego siebie, ważna jest tylko ostatnia doba. Cholernie zabawne uczucie. Powoli przymykam oczy. Lekka mżawka przyjemnie chłodzi rozpaloną gorączką twarz. Dźwięki stopniowo odpływają, gasnę… Aha, jeszcze chwila, nie wiecie przecież jak dotarłem do tego punktu. To całkiem ciekawa historia. Miała swój początek właśnie na tej polance, gdzieś w świętokrzyskich lasach… W zaistniałych okolicznościach niełatwo będzie ogarnąć wszystkie wątki minionych wydarzeń zwłaszcza, że od dawna miałem dostęp do zasobów pamięci Kornelii. Trudno oddzielić jedne wspomnienia od drugich, ale to w końcu ostatnia okazja…

***
_________________
Lopto
Ostatnio zmieniony przez Lopto 20 Marca 2012, 21:12, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 20 Marca 2012, 19:23   (2) Wszyscy święci idą do… - Grzybobranie

- Powinniśmy pójść na grzybobranie.
- Coo?… akhmm… O, ku…wa! – Krztusząc się haustem mocnego piwa, mozolnie przetwarzałem nowy komunikat. Magda nigdy niczego nie mówiła normalnie, tylko ogłaszała.
- Nie wyrażaj się.
- Prze… praszam. Po prostu mnie zaskoczyłaś. Jakie znowu grzybobranie? – Sekundę później na mojej twarzy wylądował kolorowy numer kobiecego szmatławca.
- Masz, poczytaj coś dla ludzi, zamiast ślepić bezmyślnie w telewizor. – Pełen złych przeczuć zacząłem kartkować wrześniowe wydanie „Bonjour”. Jezus Maria! To jednak prawda. W dziale „Jak twórczo spędzić weekend?”, znalazłem artykuł pod zwięzłym i nie pozostawiającym cienia nadziei na ocalenie tytułem: „Grzybobranie we dwoje”. Zamiast obejrzeć sobotnią powtórkę ligową, będę pląsał po lesie ze zmarzniętym tyłkiem, zaspokajając wielkopańskie ambicje połowicy. Fakt, że podobne wykwity redakcyjnej weny, to na ogół stek pisanych na akord, ciężkich idiotyzmów, nie miał dla Magdy najmniejszego znaczenia. Nawiasem mówiąc, moje potrzeby od jakiegoś czasu również jej nie trapiły. Czy nasz związek przeżywał kryzys? Ależ skąd, ten etap mieliśmy już dawno za sobą. Wspólnota majątkowa zmuszała nas do codziennej walki o przetrwanie. Regularnie przegrywałem kolejne potyczki. Powoli wewnętrznie zamierałem. Wiedziała o tym i potrafiła to wykorzystać. Brakowało mi sił na kolejną przepychankę. Jutro grzybobranie, a pojutrze? Któż to wie? Wyprawa do delfinarium, kurs rumby, nowa aranżacja ślepej kuchni… Możliwości było od groma. Póki co, pozostały mi wygodny fotel i tuzin kanałów sportowych. Po rozwodzie będę musiał pożegnać nawet tę namiastkę wolności. Tępe uderzenie bólu w klatce piersiowej upewniło mnie, że czas zaakceptować sytuację. Nie warto fikać, już nie.

***
Po godzinie spędzonej wśród mokrego poszycia, buty nadawały się do wyrzucenia. Byłem zadowolony. Kolejne wybuchy złości za moimi plecami, rekompensowały wszystkie trudy wspólnej wycieczki.
- Wracajmy już!
- Madziu, nie wrócę do domu bez choćby jednego, maleńkiego grzybka. To w końcu grzybobranie. Naprawdę chcesz tak łatwo odpuścić?
- Wal się! Nie znalazłbyś grzyba, nawet gdyby ci zakwitł między palcami.
- Po pierwsze, damie nie przystoi takie słownictwo. Stać cię na więcej. Po drugie, moja droga, gdybyś częściej oglądała telewizję, zamiast pochłaniać artykuły z „Bonjour”, wiedziałabyś, że grzyby nie kwitną, tylko owocują. Poza tym, jesteśmy razem… To takie twórcze. – Wściekłe fluidy jakich oczekiwałem w reakcji na swą ripostę, zbyt długo nie dawały o sobie znać. Zaintrygowany spojrzałem za siebie. - Magda...?
Prawdopodobnie ukochana postanowiła bez ostrzeżenia przejść do twardych działań zaczepnych. W takim przypadku moje perspektywy rysowały się niewesoło – dochodziła szesnasta, a od granic miasta dzieliło mnie dwadzieścia kilometrów z okładem. Do samochodu dotarłem w ciągu kilkunastu minut. Na miejscu czekała kolejna niespodzianka. Wóz stał na swoim miejscu – pusty.
- Magda! Takie numery, to już przesada! Jesteśmy na to za starzy! - ryknąłem. - Wracaj, bo cię tu zostawię! – Miałem ochotę wywrzeszczeć jeszcze kilka kąśliwych komentarzy, ale poczułem lęk i wena mnie opuściła. Coś było nie tak. Żona potrafiła być wredna, ale swoją wygodę ceniła znacznie wyżej niż… Pociemniało mi w oczach. Wszystko wokół zalał czerwony blask. Nagły skok temperatury zmusił do instynktownego zasłonięcia twarzy. To był koniec grzybobrania.

***
_________________
Lopto
Ostatnio zmieniony przez Lopto 20 Marca 2012, 21:19, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 20 Marca 2012, 19:25   (3) Wszyscy święci idą do… - Radju i Brejtle

Z niebytu wyrwało mnie dochodzące z ciemności buczenie blaszanej żaby.
- Troszkę cię przyrumieniłem, homo!
- Doszło do jakiegoś wybuchu? Samochód eksplodował? – Skóra wokół ust piekła, jakbym wylądował twarzą w pokrzywach. Pomimo starań nie potrafiłem otworzyć oczu. - Czy jestem poparzony? Będę widział?!?
- Hre, hre, hre… Słyszałeś? Martwi się o swoje ślepka. Dostałeś wiązką z lopa, matole. Gdyby nie wyraźne rozkazy, usmażyłbym cię jak… Jak się nazywa to, co oni tak często smażą?
- Frytki, Brejtle. Oni smażą frytki. – Drugi głos również podzwaniał metalicznie, jednak był o wiele łagodniejszy.
- Taaa… Pieprzone homo. Frytki smażą. Może i z ciebie, popaprańcu, zrobimy frytki. Chcesz być jak frytki?
- Nie. Co z Magdą?
- Hreee… Pyta o samice?
- Pyta. Co z nią?
- Usmażona jak frytki! Hreeeh…
- Spokojnie. Żyje. – Tym razem łagodny głos odezwał się znacznie bliżej.
- Już niedługo, bucu. Zanim zrobię z ciebie frytki, wrzucę samicę do nory *beep*. Będziesz mógł…
- Brejtle! Wystarczy. Idź po translatory, odczyty skaczą do wartości krytycznych.
- Nie próbuj mnie przestawiać. Kiedy będzie po wszystkim, zarżnę homo!
- Dobrze, Brejtle. Zarżniesz wszystkich. Teraz idź! – Cichnącemu szuraniu wtórowało wściekłe prychanie.
- Co z nim? Gość ździebko nerwowy.
- Należy do kasty wojowników. Wziął zbyt dużą dawkę środków pobudzających. Obawiam się, że jest od nich uzależniony. Dopóki jestem przy tobie, będziesz bezpieczny.
- A Magda?
- Pyskata. Wciąż prowokuje brata.
- Pasują do siebie. Czy będę widział?
- Tak. Wasze oczy mają wyjątkowo delikatną konstrukcję, ale nie zostały trwale uszkodzone. Masz opuchnięte powieki. Wstań, musimy stąd odejść. Pomogę ci.

***
Wedle pewnych teorii kontaktu, spotkanie z Obcymi stanowiłoby dla statystycznego przedstawiciela ludzkiej populacji szok, który zapewne kompletnie wywróciłby do góry nogami jego mały światek. Statystyka to jednak często balansowanie na granicy prawdopodobieństwa, a samo istnienie świadomości można uznać za wybryk natury, o ile oczywiście nie jest ona immanentną cechą materii…
- To nie takie proste. – W pierwszym momencie nie skojarzyłem, że Radju zwraca się do mnie.
- Co nie jest proste?
- Kwestia, którą właśnie rozważasz.
- Powinienem wziąć to pod uwagę. Jesteś telepatą.
- Nie. Odbieram sygnały przetwarzane przez twój translator. – Tuż po schwytaniu, Obcy wsadzili mi coś na głowę. Po kilku zastrzykach skóra twarzy i rąk przestała boleć i odzyskałem wzrok. Radju i Brejtle również korzystali z translatorów. Przywodziły na myśl gigantyczne, czerwono-żółte karaczany. Sterczące wokół twarzy, skierowane w dół, elastyczne anteny, kojarzyły się z odnóżami martwego owada.
- Po co nam to?
- Translatory są zintegrowanym systemem komunikacji. Zależnie od potrzeb służą do transmisji ogólnych lub lokalnych.
- Ogólnych?
- To skomplikowane. Znam tylko podstawowy schemat konstrukcyjny. Przekładają złożone układy powiązanych wzajemnie wymiarów w taki sposób, aby złagodzić efekty przejścia. Umysły większości istot nie są w stanie samodzielnie przetwarzać ogromnych ilości informacji, potrzebnych do właściwej kalibracji przestrzennej.
- Jesteście z innej planety?
- I tak, i nie. Wasz czterowymiarowy wszechświat jest tylko jedną z wielu możliwych form jakie przybiera energia. Wszystko zależy od warunków początkowych.
- Jest was więcej?
- Hiperprzestrzeń kipi życiem, przenika tkankę rzeczywistości na poziomie pozostającym poza zasięgiem percepcji homo. Jednak lepiej aby twoja rasa nie otwierała przejść samodzielnie.
- Dlaczego nazywacie nas homo?
- O ile wiem, to wy siebie tak nazywacie: homo sapiens.
- Częściej mówimy o sobie „ludzie”.
- Faktycznie. Skrót „homo” ma pewien pejoratywny wydźwięk. Opuszczenie drugiego członu, to nieco złośliwy komentarz związany z obecnym etapem rozwoju waszej cywilizacji. Jeśli wolisz, mogę cię nazywać człowiekiem.
- „Człowiek” to chyba jednak nie brzmi dumnie.
- Nie przeczę. Chociaż mieliście kilku znamienitych przedstawicieli.
- O kim myślisz?
- Przekręć taster na pokrywie z lewej. – Gdy wykonałem polecenie, świadomość wypełniła lista imion i nazwisk.
- Ach, oni. Większość ludzi nawet nie wierzy, że kiedykolwiek istnieli. Z kolei inni udają, że poznali już wszystkie odpowiedzi.
- A, tak… wiara. Choroba tocząca wasz świat. Dlaczego z takim uporem odrzucacie fakty i grzęźniecie w miazmatach wiary?
- Pytasz niewłaściwe homo.
- Ty nie jesteś obciążony skazą wiary?
- Skoro chcesz wiedzieć, wystarczy, że przełączysz coś w translatorze. – Po tych słowach, Radju pochylony dotąd nad owalnym pulpitem sterowniczym, wyprostował się powoli i utkwił we mnie obie pary teleskopowych oczu kameleona. Zaniepokojony, wypaliłem bez zastanowienia. – Chodzi wam o naszą wiarę?
- To nie takie proste, homo.

***
_________________
Lopto
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 21 Marca 2012, 08:47   (4) Wszyscy święci idą do… - W drogę!

Pojazd nazywali vergha. Przypominał wnętrze rybiego pęcherza, zaś z zewnątrz wyglądał jak kurze jajko, co mogłem obejrzeć na jednym z monitorów przedpola. W środku były jedynie dwa małe pomieszczenia, przedzielone cienkim przepierzeniem ze zbitych w gęstą masę mikroskopijnych koralików o lekko łososiowym zabarwieniu. Rolę wewnętrznych drzwi pełniła przysłona w kształcie rozety, której poszczególne segmenty były automatycznie rozchylane na boki jak kwietne płatki. Radju tłumaczył, że vergha rozsnuty jest na kilku planach przestrzennych. W praktyce oznaczało to, iż po wystukaniu na panelu kontrolnym odpowiedniego kodu, korzystając z otworu, wchodziło się do zupełnie nowego pokoju lub opuszczało pojazd. Takie rozwiązanie miało tę wadę, że przebywając poza sterownią, chcąc przejść do kolejnego pomieszczenia, należało najpierw do niej wrócić. Z perspektywy konstruktorów, najistotniejsze było, aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo podróżującym, przy jednoczesnym ograniczeniu masy i rozmiarów wehikułu. Standardowa wersja vergha posiadała dwanaście modułów ukrytych w dodatkowych wymiarach sprzężonych z kokpitem. Magda przebywała w module numer dziewięć.
- Ty gnoju! Powiedz im, że chcę natychmiast wracać! Ty mnie w to wpakowałeś! Bożeee! Po co ja za ciebie wychodziłam?!? Poparzyli mnie, zabrali obrączkę…! Zabieeerz mnieeee stąd!! – Po drugim ciosie w twarz, postanowiłem odłożyć małżeńskie pogaduszki na bliżej nieokreśloną przyszłość i dałem nura w zbawienny kielich rozety.
Łypiąc parą oczu prawej strony pyska, Radju zablokował przejście.
- No i jak poszło?
- Wpadła w histerię.
- To źle.
- Raczej tak. Trudno teraz będzie coś z nią wskórać.
- Musi się uspokoić, zanim trafimy do strefy Ugoru.
- Gdzie?
- To jeden z wielu obszarów otchłani multiprzestrzennej. Pasmo wielowymiarowych turbulencji.
- Nieużytki rolnicze? Coś, jak dzicz? Ziemia niczyja?
- Właśnie. Twoja samica musi być spokojna. Silne emocje często przyciągają niepożądanych gości.
- Ale jej kompletnie odbiło.
- Można temu zaradzić.
- Jak?
- Mamy tu coś na takie okazje, jednak trudno przewidzieć możliwe konsekwencje. Nie wiem jak zareaguje organizm homo.
- Cóż, gorzej chyba nie będzie?
- Zgadzasz się?
- A mam jakiś wybór?
- Mogę ją wyrzucić poza obszar vergha w strefie nieciągłości.
- Nie! Proszę. Zastosuj sposób, o którym wspomniałeś wcześniej.
- Zależy ci na niej?
- Tak… i nie. Ludzie też mają swoje strefy nieciągłości.
- Nie rozumiem.
- Nieważne. Nie krzywdź jej, Radju.
- Dobrze, zatem nie ma innej opcji. – Sześć długich palców, ukrytych w żółtej rękawicy, przebiegło po panelu kontrolnym.
- Co zrobiłeś?
- Wypełniłem moduł dziewiąty mataxbanum.

***
Poza użyciem mocno inwazyjnego mataxbanum, nie ma sposobu na zneutralizowanie impulsów generowanych przez wzburzone emocje. Nawet uśpienie rozgorączkowanego osobnika, nie tłumiło fal reprezentujących ponoć głębszy poziom energetyczny niż zwykłe myśli. Moc translatorów, także była zazwyczaj niewystarczająca. W ten oto sposób, doszło do pierwszej z szeregu transformacji jakie miałem jeszcze zobaczyć.
- Brejtle! Coś ty zrobił!? – Radju stał na szeroko rozstawionych nogach, jakby przymierzał się do szpagatu.
- Hreee! Mówiłem jej, żeby zamknęła paszczę! Miałem prawo!
- Radju, co …?
- Nie wtrącaj się, homo!
- Właśnie, hree… Radju, zatłukę homo! Mamy ich więcej… Po co nam ci… ta… te?
- Co się dzieje?
- Odejdź, homo. Idź do swojej samicy, może cię potrzebować. – Radju pchnął mnie w kierunku rozety. Pomiędzy braćmi doszło do konfrontacji, jednak teraz byłem w stanie myśleć jedynie o bezpieczeństwie żony. Natychmiast ruszyłem ku przejściu.
- Czy teraz bardziej ci się podobam? Będziesz mnie kochał jak dawniej?
- Jeeezu!
- Nie jestem pewna, czy mam traktować twoją reakcję jak komplement.
- Boże, Magda… - Bez wątpienia stała przede mną moja małżonka. Rysy twarzy i barwa głosu pozostały bez zmian, natomiast reszta… Skóra we wszystkich odcieniach zieleni, jak u jaszczurki, mlecznobiałe włosy i pomarańczowe tęczówki. Jednak nie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Stała cicha i zalotna, mierząc mnie wygłodniałym spojrzeniem. Strzępy ubrania walały się rozrzucone po całym pomieszczeniu.
- To jak, tygrysie? Będzie z nas dobrana para? – Nie mogłem wykrztusić ani słowa. Obcych i uprowadzenie musiałem znosić, ale moja nowa-obca żona, to było zbyt wiele.

***
Kiedy wróciłem do sterowni, Radju był sam. Siedział na małym, drewnianym stołeczku. Takie mebelki sprzedawano dawniej na wiejskich jarmarkach. Zielony zydelek malowany w czerwone maki zupełnie nie pasował do reszty wnętrza. Kontrast musiał poruszyć we mnie jakieś głęboko skrywane wspomnienia, bo złość uleciała jak powietrze z odpustowego balonika. Przez moment widziałem smutnego chłopca, wpatrzonego w zalewane strugami deszczu okienko. Obcy spoglądał na zewnątrz, tyle że zamiast szybek starej chaty, miał przed sobą owalny bulaj, osłonięty grubą, przejrzystą taflą. Szpic głęboko naciągniętego, czerwonego kaptura, niemal sięgał zgarbionych pleców. Stałem jak zahipnotyzowany. Przygwoździła mnie dziwna mieszanina zaprawionej lękiem melancholii.
- Radju…? – Powoli odwrócił w moją stronę masywną głowę.
- Tak?
- Wiesz co się stało z Magdą?
- Brejtle próbował zażyć… zażył twojej samicy.
- Skrzywdził ją? Zgwał… Jak to możliwe? Mówiłeś, że aby dostać się do któregokolwiek z ukrytych modułów, trzeba przejść przez kokpit.
- To prawda. Ukrył się tam tuż przed startem. Wykorzystał osobisty system maskowania. Mataxbanum wypełniło moduł w chwili gdy byli złączeni.
- To spowodowało jej przemianę.
- Zapewne.
- Co zamierzasz?
- Odizolowałem brata. Jego rola jest już skończona. Jak zniosła to… Magda? Odczyty skaningu mentalnego wskazują, że nie doznała poważnych obrażeń.
- Jest… inna.
- Wiem. Tego nie było w planach. Brejtle odpowie za to co zrobił, możesz być pewien. Starsi nie tolerują niesubordynacji. Właściwie jego los jest już przesądzony.
- Starsi, to wasi przywódcy? Rząd?
- Mniej więcej.
- Zabiją go?
- Dezintegracja to nie jest najgorsze, co może go spotkać. Wierz mi.
- Wierzę. Czy Magda przeżyje?
- W sensie fizycznym, tak. Natomiast jej wzorzec mentalny uległ prawdopodobnie nieodwracalnej konwersji.
- Wiesz, Radju, jeśli jej życiu nic nie grozi, to nie dbam o resztę. Przecież i tak nie pozwolicie nam wrócić, prawda?
- Intuicja dobrze ci służy.
- Tam, dokąd nas zabieracie, jej wygląd zapewne nie będzie miał znaczenia. Poza tym, to dziwne, ale ona wydaje się w pewien sposób… nie wiem jak to określić…
- Zadowolona? – wtrącił niespodziewanie.
- Tak. To chyba dobre określenie. Oboje jesteśmy bardzo samotni. Przykro było patrzeć jak gorzknieje. W zasadzie nasz związek już dawno stracił sens. Rozumiesz?
- Tak, homo. Ja i Brejtle też przestaliśmy mówić tym samym językiem.
- Martwisz się o niego?
- Sam jest sobie winien. Po prostu, chciałbym, żeby już było po wszystkim.
- Los brata, to nie jedyne, co cię trapi?
- Tak.
- Brejtle wspominał, że na pokładzie jest więcej ludzi.
- Brejtle zawsze mówił za dużo. Zabraliśmy więcej homo.
- Czy możesz mi powiedzieć, do czego jesteśmy wam potrzebni?
- Chciałbym, homo. Naprawdę. – Pomimo, iż bardzo się starał, Radju nie zdołał ukryć przede mną przyczyny, dla której tak uparcie spoglądał w bulaj. Na prawym policzku gadziego pyska dostrzegłem błękitną stróżkę, spływającą powoli z teleskopowych słupków osłaniających oczy. Wtedy jeszcze nie byłem pewien czy płakał.

***
Siedzieliśmy w całkowitej ciszy. Urządzenia pokładowe pracowały bezszelestnie. Wspólnie sporządziliśmy z koców prowizoryczne poncho dla Magdy. Potem Radju wygenerował pod bulajami wygodne, pneumatyczne fotele, tak aby każdy miał własny punkt widokowy. Obrazy z zewnątrz można było rzutować na kilku monitorach ponad pulpitem sterowniczym, ale ani ja, ani Magda, nie chcieliśmy rezygnować z okazji do bezpośredniej obserwacji multiwymiarowego Ugoru. Radju nie oponował, szukając odrobiny wytchnienia. Za przesłoną iluminatora sunęły fantastyczne miraże, utkane ze zwiewnych różowych i żółto-seledynowych oparów. Brudne cienie zawirowań wskazywały ponoć na obecność ujść tuneli prowadzących do innych światów. Jak wielu? Radju twierdził, że ich liczby nikt nigdy nie pozna, bowiem w każdej sekundzie rodzą się i umierają kolejne. Pytania płynęły wprost z mojej głowy do translatora, a poprzez kodowany kanał do wzmacniacza Radju. Odpowiadał powoli i precyzyjnie. Choć próbowałem ukryć współczucie, nie potrafiłem odpędzić myśli, że jakaś część jego obcej duszy, wciąż opłakuje upadek brata. Magda milczała, całkowicie pochłonięta widowiskiem. Wśród gęstniejących chlorowo-fluorowych chmur, co chwila błyskały liliowe bicze potężnych wyładowań. Każda z błyskawic niosła energię zdolną zasilać przez wiele miesięcy niejedną ziemską metropolię. W przestrzeni wokół vergha krążyły niewidoczne tarcze energetyczne, które z jednej strony miały chronić pojazd przed skutkami ewentualnego trafienia, z drugiej, pełniły funkcję soczewek, umożliwiających oglądanie obszarów odległych o tysiące sokli, co przekładało się na dziesiątki tysięcy kilometrów. Radju przyznał z rozbrajającą szczerością, że wątpi aby pole ochronne było w stanie zneutralizować moc tak potężnych ładunków elektrycznych, jednak prawdopodobieństwo uderzenia pozostawało zaniedbywalnie małe, ponieważ obszar jaki zajmowaliśmy w przemierzanej przestrzeni, w zależności od lokalnych zawirowań, wyrażał ułamek z siedmioma, lub nawet jedenastoma zerami po przecinku. Owa matematyczna mantra jakoś nie koiła mych obaw. Natomiast Radju trapiła możliwość spotkania z przedstawicielem nomadycznego gatunku niezwykle agresywnych gigantów, zwanych ontami, pochłaniających energię mentalną istot unicestwianych przez siebie światów. Moje pytanie o ontów nie doczekało się odpowiedzi. Najwyraźniej zmęczony paplaniną, Radju zerwał połączenie, nakazując nam uprzednio wytłumić emisje translatorów.
Nim bańka wehikułu opuściła strefę Ugoru, dane nam było jeszcze zobaczyć dryfujące majestatycznie w obłokach, bordowe góry ażurowych katedr rodziny Nevezzich, ruiny budowli będących niegdyś siedzibami rasy anihilowanej przez onta znanego jako Trąba Zagłady.

***
_________________
Lopto
Ostatnio zmieniony przez Lopto 21 Marca 2012, 09:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
dzejes 
prorok


Posty: 10065
Skąd: City
Wysłany: 21 Marca 2012, 08:51   

No ja myślę, że autor czytał "Autostopem przez Galaktykę".

I zabież się inaczej pisze.
_________________
If we shadows have offended,
Think but this, and all is mended,
That you have but slumber'd here
While these visions did appear.
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 21 Marca 2012, 09:06   (5) Wszyscy święci idą do… - Arena

Gdy vergha został wessany przez jeden z lejów Ugoru, poraził mnie oślepiający blask. Towarzyszyło temu uczucie bolesnego nakłuwania, obejmujące stopniowo całe ciało. Doznanie przybrało na intensywności, aż ból odebrał mi zmysły.
Oprzytomniałem, gdy ktoś delikatnie pogładził mój policzek. To była Magda. Leżałem na plecach z głową wspartą o jej uda. Nie pamiętam, kiedy byliśmy tak blisko. Wtedy chciałem jedynie, żeby to trwało…
- Musimy się zbierać.
- Jesteśmy na miejscu?
- Tak. To koniec podróży. Radju powiedział, że nigdy nie widział tak silnej reakcji podczas przejścia.
- Ciebie też tak bolało?
- Nie. Tylko na chwilę straciłam przytomność. Wstań, już idą. – Ku nam zmierzała spora grupka osobników wyglądających jak klony Radju i Brejtle. Nadchodzili od strony barokowego pałacu, mijając szpaler klasycznych rzeźb ustawionych na wysokich cokołach wzdłuż żwirowej alejki, przecinającej zalany słońcem, wypielęgnowany trawnik. Przez moment karmiłem się nadzieją, iż jesteśmy z powrotem na Ziemi, jednak w głębi serca czułem, że to nieprawda. Biały bąbel vergha stał nieopodal, w cieniu przypominającego stary dąb, potężnego drzewa.
- Czy to dąb?
- Nie wiem, kochanie. Wstańmy, oni zaraz tu będą.
- Nie chcesz, żeby widzieli nas razem… tak jak teraz?
- To nie to. Po prostu dopiero tutaj poczułam prawdziwy strach. Radju gdzieś zniknął. Zostaliśmy sami. – Te słowa szybko rozwiały ostatnie złudzenia, za którymi rad bym ukryć własne obawy. Mimo to, zachowanie mojej „nowej” żony wyzwoliło pokłady energii, których istnienia nawet nie przeczuwałem. Znów chciałem odkrywać jej piękno, a nieco jaszczurza uroda połowicy, wcale nie studziła mego zapału.
- Jeszcze żyjemy i jesteśmy razem. Zrobię wszystko żeby nas z tego wyciągnąć.
- Dobrze. – Wyraz jej niesamowitych, pomarańczowych oczu sprawił, że byłem gotów rzucić się do gardła całemu światu, nawet obcemu.
Stanąłem kilka kroków od Magdy, zajmując pozycję pomiędzy nią, a bliską już grupą zakapturzonych kurdupli. Gdy w końcu do nas dotarli, otoczyli półkolem. Przywódca nosił jaskrawożółty kaptur i ciżmy.
-Ty jesteś homo-Ziemianin? – zaskrzeczał.
- Tak. Jestem człowiekiem.
- A to twoja samica?
- Tak. To moja żona.
- Brać go!

***
Ważę prawie dziewięćdziesiąt kilo. Zaledwie niewielka część tej masy to tłuszcz. W młodości boksowałem ostro w sekcji juniorów. Wiem jak spuścić łomot, sam też dostałem nieraz tęgie manto w ringu. Mimo to, powiedzieć, że zostałem pobity, to mało. Kurduple zafundowały mi ostry wpierdol. Ich siła i szybkość były prawdziwym zaskoczeniem. Do miejsca przesłuchania dowlekli mnie, taszcząc jak wór kartofli.
- Dlaczego rozpoczęliście procedurę bez zezwolenia? – Metaliczny, bezosobowy ton pytania, wyrwał mnie ze stanu omdlenia.
- Panie, on stawiał opór.
- Doprawdy? Sensory ogrodowe wskazują, że to ty wydałeś rozkaz ataku.
- To tylko homo…
- Ach, tak. Wiecie co robić. – Odgłosy krótkiej szamotaniny i zduszony, gardłowy okrzyk były dla mnie niewielką pociechą. Wciąż nie mogłem zogniskować wzroku. Krew zalewała oczy.
- Pomóżcie mu dojść do siebie. – Dwie pary krzepkich rąk uniosły mnie bez trudu i osadziły na chłodnej ławie. Wykręcono mi ręce. Mocnym szarpnięciem za włosy ustawiono twarz we właściwej pozycji. Dostałem dwa zastrzyki w szyję. Potem poszło szybko. Przemywanie, przyżeganie i szycie. Kiedy mogłem już obserwować co się dzieje, podetknięto rodzaj inhalatora, wyposażonego w elastyczną półmaskę i dwa skórzaste, przejrzyste worki.
- Ciągnij! – huknął kierujący akcją. Wykonałem polecenie i płuca zapiekły żywym ogniem. Do przytomności przywróciło mnie ostre światło i ból brutalnie odciąganych powiek. Ktoś zerwał czujki przyklejone do skroni.
- Mózg nie naruszony. Żebra opatrzone. Żadnych krwotoków wewnętrznych.
- Dobrze. Zostawcie nas. Możesz usiąść? – Powoli dźwignąłem obolałe członki. Mocny opatrunek uciskowy utrudniał oddychanie. W głowie wirowała wiejska karuzela.
- Jassi nie mają sobie równych jeśli chodzi o udzielanie pierwszej pomocy.
- Kto?
- Słudzy.
- To oni mnie zmasakrowali?
- W tym też są dobrzy. Spójrz! – Niemal u mych stóp leżały zmaltretowane zwłoki Obcego. Żółta tunika przesiąknięta czarną posoką utytłana jak stara wycieraczka. Kaptur wypełniała kleista maź z fragmentami gadziej skóry i odłamkami kości. Szczątki wydzielały kwaśny odór.
- To ma mnie uspokoić?
- To ma ci uświadomić powagę sytuacji.
- Gdzie moja żona?
- Jest bezpieczna.
- Jakoś ci nie wierzę.
- To nie ma znaczenia. – Uniosłem wzrok i od razu tego pożałowałem. Znajdowaliśmy się pod wysokim baldachimem, ustawionym pośrodku rozprażonego upałem, kamiennego amfiteatru. Przede mną, na stelażu z metalicznych teowników, tkwiło coś, co w ogólnym zarysie przypominało skrzyżowanie wielkiego ekspresu do kawy i respiratora. Głos dochodził z wyglądającego jak stare radio komunikatora, podpiętego kilkoma gumowatymi opaskami pod wielkim, beczułkowatym słojem, będącym zwieńczeniem całej konstrukcji. Wewnątrz przejrzystego pojemnika buzowała ciecz, zielonkawa jak woda po kiszeniu ogórków. Wirowały w niej jakieś farfocle.
- Należysz do Starszych?
- Tak nazywają nas jassi. – Faktycznie, mój rozmówca nie był sam. Na ustawionych w obszernym kręgu marmurowych, bogato rzeźbionych ławach, zasiadało jeszcze pięć postaci. Wszyscy byli humanoidami, skleconymi po części z rozmaitych nieorganicznych komponentów, odzianymi w togi rzymskich senatorów. Prawdziwe grono tęgich głów. Ich rolę pełniły blaszane pudła z finezyjnie rżniętymi otworami, półprzejrzyste tuby lub kule z masą rozmaitych przewodów, kabli i rurek, powtykanych w mnogie, elastyczne złącza. Kończyny w większości przypadków były zdecydowanie ludzkie, z tym, że skórę dłoni i obutych w sandały stóp pokrywały mało apetyczne, ciemne plamy.
- Chcę zobaczyć żonę.
- Dołączy do nas później.
- A co z Radju?
- Z kim?
- Opiekował się nami w trakcie podróży.
- Masz na myśli jednego z jassich, którzy sprowadzili was tutaj?
- Tak.
- Ich imiona mają znaczenie marginalne. Dla nas są tylko numerami. Istnieją po to, by służyć. Podaj numery jassich z ostatniego przerzutu. – W komunikatorze Starszego coś zatrzeszczało. – Tak, osobnik 47785, zwany Radju, był na pokładzie. Czemu o niego pytasz?
- Pomógł mi… nam.
- Doprawdy? W jaki sposób?
- Ochronił nas przed gniewem swego brata.
- Ach… mało istotna część procedury. W tej chwili ważniejszy jest ten drugi, 47786.
- Brejtle?
- Tak. Za chwilę tu będzie. Usiądź i odpocznij. Zaraz rozpoczniemy sekwencję wstępną.
Amfiteatr wypełniały coraz liczniejsze grupy jassich. Zajmowali kolejne rzędy, aż krwista czerwień tunik zalała całą przestrzeń w zasięgu wzroku. Widzowie charczeli, skrzeczeli i czkali. To było oryginalne brzmienie ich mowy. Funkcyjni w żółtych strojach poczęli formować kordon wzdłuż zewnętrznej krawędzi areny. Kiedy baldachim został automatycznie zwinięty, żar bijący z nieba szybko rozgrzał marmurową gładź ławy. Czułem się jak zaszczute zwierzę, szykowane na rzeź.
Nagle, z rozwibrowanego upałem powietrza, niczym zza niewidzialnej kurtyny, wychynęła ekipa kilkunastu jassich przenosząca ogromne, srebrne pudła. Wszędzie wokół szalały świetlne refleksy, przeskakujące po lustrzanych pokrywach futerałów. Czterech pchało długi, stalowy stół, zaopatrzony w trzy piętrowe blaty. Najniższy zajmowały baniaki pełne szarej papki. Blat środkowy zaścielały wieloczęściowe, złożone mechanizmy, zaś na samej górze poukładano dziesiątki chromowanych narzędzi, przywodzących na myśl najgorsze wspomnienia z gabinetu dentystycznego. Oczami wyobraźni ujrzałem Dustina Hoffmana w scenie tortur z „Maratończyka”, jednak już po chwili okazało się, iż całe instrumentarium jest częścią serwisu obsługującego Starszych. Serwismani pootwierali blaszane walizy i rozwinęli kłęby grubych rur, których zaopatrzone w złącza końce przykręcono do pojemników z papką, natomiast penetratory ze ssawkami, wetknięto bezceremonialnie w gniazda ukryte pod togami zajmujących miejsca na ławach cyborgów. Jassi biegali wokół zgrzytających, rozdygotanych postaci, dokręcając, dłubiąc, wymieniając płyny i rozmaite moduły. Starsi znosili te zabiegi nie przerywając ani na moment swej maszynowej dysputy; sztywno gestykulowali, szumieli i tykali. Następnie wszystkich podłączono do panelu kontrolnego. Błyskały kolejne sekwencje żółtych lampek, czemu towarzyszył ostry dźwięk brzęczyka. Każda iluminacja witana była przez publikę głośnymi owacjami. Wreszcie jeden z karłów odpalił walizkowy generator. Szara substancja wtłoczona w rury, ostatecznie znikała w cybernetycznych korpusach. Na koniec kierujący akcją jassi wystąpił przed zgromadzenie i złożył głęboki ukłon. Potem, odwrócony w kierunku publiczności wydał z siebie serię charknięć. Odpowiedziała mu salwa dudniących głucho uderzeń. Obcy tłukli kułakami w wypięte piersi. W większości we własne, ale dostrzegłem kilka wyjątków w pierwszych rzędach. Mówca błyskawicznie stanął na rękach odsłaniając muskularne pośladki opięte czerwonymi trykotami i balansując odmaszerował na bok. Obsługa szybko zwinęła cały majdan, po czym dosłownie rozpłynęła się w falującym powietrzu. Jeden ze Starszych, posiadacz głowy w formie wypełnionej różowym dymem kuli, spacerując w tę i z powrotem, przemówił do gawiedzi. Emitowane przez niego szumy i piski automatycznie przekładał na polski komunikator należący do sztywniaka na stelażu.
- Ludu! Spójrz na cud nieśmiertelności i rozważ me słowa. Oto stoję przed wami ja, Stratogoros, przewodniczący Wiecznej Rady. Przybyliśmy tutaj, aby rozpocząć czwartą sekwencję odkupienia. Tym razem będzie z nami współpracował prawdziwy homo! – Widownią zatrzęsła kolejna fala uderzeń. – Wiem, że wyglądacie z utęsknieniem chwili spełnienia. Powiadam wam, jest bliska! – Stratogorosa zastąpił Starszy z osadzonym na karbowanym kołnierzu blaszanym sześcianem. Po bokach pudła sterczały wsporniki zdobione tłoczonymi ze złotej blachy liśćmi akantu, podtrzymujące świetlne emitery. Omiatające tłum zielone wiązki, pełniły zapewne funkcję narządu wzroku.
- Jam jest Mityczny Eurupion! Znacie mnie i cuda, które czyniłem w waszym imieniu. Teraz ofiaruję wam największy dar. Zbawienie! – Szał tłumu, jaki wywołały te słowa, trwał naprawdę długo. Najwyraźniej, niektórzy z widzów nie wytrzymywali tempa widowiska. Zauważyłem wiele ekip medycznych, przeciskających się w kamiennych sektorach i udzielających pomocy plującym czarną krwią entuzjastom walenia w piersi. – Jeżeli jest coś pewnego w nieskończonej otchłani światów wyższych wymiarów, to właśnie Pętla Zbawienia. Teraz nadszedł czas, aby zacisnąć błogosławione pęta na karku Wielkiego Burzyciela. Jak brzmi jego przeklęte imię!?!
- Trąba Zagłady!!! – odryknął chór tysięcy gardeł.
W trakcie owacji tłumacz wykonał na swym stelażu zwrot, tak iż przód zaopatrzonego w komunikator korpusu zwrócony był teraz ku audytorium. Wraz z burzą trzasków i szumów przemowy, emiter wypluwał symultanicznie kolejne zdania.
- Znacie mnie wszyscy. Jestem Beznogi Czyżyż, najstarszy ze Starszych. Kroczymy razem ścieżką cudów od dziesięciu tysięcy obrotów. – W tym momencie nie byłem w stanie powstrzymać wesołości. Wstrząsy wywołane spazmem tłumionego śmiechu uciął ostry ból świeżo opatrzonych żeber. – Wiecie, że homo, to rasa odkupicieli. Widzieliście zapisy transformacji ich proroków. Choć zamieszkują niższe światy i są prymitywni, ich wzory strukturalne kryją w sobie sekret Pętli Zbawienia. Ten homo – spod togi udrapowanej na torsie wystrzeliło w moim kierunku zakończone kilkoma ruchomymi chwytakami, wieloprzegubowe ramię – odsłoni przed nami tajemnicę Pętli! On jest…
Dalszej części przemowy już nie doczekałem. Upał i odniesione obrażenia zrobiły swoje. Po raz kolejny odpłynąłem w niebyt.

***
_________________
Lopto
 
 
dzejes 
prorok


Posty: 10065
Skąd: City
Wysłany: 21 Marca 2012, 09:07   

Autor odmawia interakcji, ok, to ja też już odpuszczam.
_________________
If we shadows have offended,
Think but this, and all is mended,
That you have but slumber'd here
While these visions did appear.
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 21 Marca 2012, 09:18   (6) Wszyscy święci idą do… - Radju mówi prawdę

Przebudzenie nastąpiło w pomieszczeniu zbudowanym z połyskujących, plastikowych paneli, ukształtowanych na podobieństwo gigantycznych plastrów żółtego sera. Szybko dotarło do mnie, że leżę na pochylonej pod lekkim kątem płycie, wykonanej z tego samego materiału co ściany. Krępowało mnie kilka elastycznych pasów połączonych z zaczepami rozmieszczonymi symetrycznie wzdłuż krawędzi łoża. W przegubach obu rąk tkwiły rurki, transportujące całą gamę kolorowych cieczy, wypełniających zestaw przeźroczystych piramidek, dyndających na półkolistej ramie przerzuconej ponad muszlą zagłówka. Ich powolny, wahadłowy ruch pozostawał dla mnie zagadką. Za całe odzienie służyły starannie dopasowane, pluszowe stringi.
- Witaj, homo. – Bezosobowy, ni to męski, ni żeński głos, dochodził z niewidocznej dla mnie części pomieszczenia. – Jak się czujesz?
- Podwójnie skrępowany.
- To dla twojego dobra. Zostałeś poddany rekonstrukcji.
- Czy rekonstrukcja wymagała tych idiotycznych majtek?
- Mniejsza o detale techniczne, dość powiedzieć, że twój wewnętrzny stelaż został scalony w uszkodzonych obszarach.
- Faktycznie, nie czuję bólu.
- To dobrze. Musisz być w dobrej formie. Czeka nas wiele pracy.
- Nas? – Zza wezgłowia wypłynęła bezszelestnie dyskoidalna platforma, na której, jak na tacy, spoczywał Czyżyż.
- Zmieniłeś głos i… podwozie.
- Nie rozumiem sensu tej uwagi, homo.
- Przepraszam. Co cię sprowadza?
- Jak już powiedziałem, musimy rozpocząć realizację planu twej transformacji.
- Nie przypominam sobie, abyś wspominał coś o transformacji. Film mi się urwał.
- Znów nie rozumiem. Wyraź to jaśniej.
- Zapewne straciłem kontakt z rzeczywistością, zanim poruszyłeś w swojej przemowie kwestię transformacji. Pamiętam jedynie fragment na temat jakiejś „Pętli”.
- Pętla Zbawienia i twoja transformacja są ze sobą nierozerwalnie sprzężone.
- Fantastycznie. Mów dalej.
- Kiedy opuścisz to miejsce, twoim pierwszym zadaniem będzie zapoznanie z dotychczasowymi wynikami naszej pracy.
- Moja transformacja nie jest pierwszym tego typu, realizowanym przez was przedsięwzięciem?
- Właśnie. Uznaliśmy, iż powinieneś mieć możliwość poznać swych poprzedników i efekty ich poszukiwań.
- Jasne. Czy, zanim wtajemniczysz mnie w wasz mistyczny plan, wolno mi będzie zadać jakieś pytane?
- Pytaj.
- Gdzie, do kurwy nędzy, jest moja żooonaaa!?! Nie kiwnę nawet palcem, dopóki nie dowiem się, czy jest bezpieczna! Kumasz, frankensteinie?!?

***
Po incydencie w komnacie „serowej”, moim jedynym łącznikiem ze Starszymi został Radju. Nie odstępował nas na krok. Członkowie Wiecznej Rady, kimkolwiek byli, słusznie wykoncypowali, że powodzenie ich planu zależy nie tylko od mojej kondycji fizycznej. Od tego momentu uzyskałem niewielką przewagę, a przynajmniej bardzo chciałem w to wierzyć. Pocieszałem się myślą, iż nawet iluzoryczna przewaga dodaje sił i pewności siebie. Po raz pierwszy zaświtała iskierka nadziei na, choćby częściowe, okiełznanie otaczającego mnie, galopującego obłędu.
Przeniesiono nas do zachodniego skrzydła barokowego pałacu, który dostrzegliśmy tuż po przybyciu do Ox-Hox, domeny Starszych, macierzystego świata jassich. Dostaliśmy nowe ubrania i żywność pochodzącą z Ziemi. Magda zniosła ostanie wydarzenia znacznie lepiej niż ja. Szybko jednak zrozumiałem, że chwilowa odmiana losu nie wróży niczego dobrego. Byłem poirytowany brakiem odpowiedzi mogących pomóc mi poskładać ostatnie wydarzenia w jakąś sensowną całość. Magda dokładała wszelkich starań aby mnie uspokoić, ale czułem, że naszą jedyną szansą na ocalenie jest jak najszybsze zdobycie wszystkich dostępnych informacji.
- Jak to nie możesz powiedzieć za dużo? Radju, na miłość boską, jesteśmy waszymi zakładnikami. Dysponujecie technologią przekraczającą nasze pojmowanie. Wytłumacz nam, o co tu chodzi?
- Nam też nie mówią wszystkiego.
- Naprawdę? A to ci nowina… Służycie im! Musisz wiedzieć co planują, a przynajmniej się domyślasz.
- Kochanie, może on rzeczywiście nic nie wie. Poza tym, mogą nas podsłuchiwać.
- Akurat to wziąłem pod uwagę. Podsłuchują, jestem tego pewien. A ty, Radju?
- Czujniki akustyczne są objęte Pierwszym Zakazem – wybąkał skulony pod oknem i najwyraźniej pogodzony z losem karzeł. Wiedział znacznie więcej i musiałem go przycisnąć, żeby to z niego wydobyć.
- Czyli?
- Ogród i rezydencja należą do jassich.
- No więc jak? Służycie Starszym, czy może…?
- Są naszymi panami. To oni powołali nas do życia. Musimy być posłuszni.
- Wiesz, Radju, nie brzmiało to przekonująco. Myślę, że się boisz.
- Jassi nie boją się niczego! Mógłbym ci złamać kark jednym ciosem, homo!
- Mógłbyś, co nie zmienia faktu, że drżysz ze strachu. Radju? – Ledwo utrzymując nerwy na wodzy, nasz informator postanowił jeszcze raz spróbować taktyki uników.
- Twoja prezentacja na arenie, wypadła bardzo niepomyślnie. Wszyscy widzieli słabość, homo. Tu, w Ox-Hox, możemy polegać jedynie na sile.
- Moja słabość wynikała przede wszystkim z tego, że twoi ziomkowie stłukli mnie bez powodu.
- Wykonywali polecenia.
- Czyżyż twierdził inaczej. Kazał zabić dowódcę oddziału.
- Czyżyż to kłamca! – Wściekle rozdziawiając pysk, Radju wybiegł z komnaty, pozostawiając za sobą otwarte drzwi.
- Co o tym sądzisz? – Zamiast odpowiedzieć, Magda podeszła i wtuliła się mocno w moje ramiona. – Co jest?
- Będziemy mieli kłopoty, wiesz o tym?
- Jasne. Staram zrozumieć, o co chodzi w tej grze. Tylko tak mogę nas teraz chronić.
- Wiem, ale nie traktuj Radju jak wroga. On się z czymś zmaga.
- Widzę. Pytanie tylko, czy jego zmagania mogą nam w czymkolwiek pomóc. Myślałaś, co by było, gdyby nam pozwolono wrócić?
- Nie. Czy warto do tego wracać?
- Pamiętasz jak przedtem wyglądało nasze życie?
- Oczywiście. Pamiętam wszystko. Pragnęłam twojej miłości nawet wtedy, kiedy usiłowałam cię zranić.
- Dobrze, że to mówisz. Myślałem…
- To już nieważne. W pewnym sensie jestem im wdzięczna, że nas wybrali.
- Jak to?
- A co teraz czujesz? – Wypowiadając te słowa, stanęła na palcach i rozchyliła ciemnozielone wargi. Tłumione latami emocje, w końcu znalazły swe ujście. Zwarci w pocałunku, zaczęliśmy płakać. Uświadomiłem sobie, że dopiero w tej chwili dawne życie ostatecznie uwalnia nas ze szponów złego uroku bylejakości. Roznamiętnieni ponownym odnalezieniem siebie, zaczęliśmy się na dobre rozgrzewać, ale wtedy wrócił Radju i długo nie chciał przestać mówić.

***
_________________
Lopto
 
 
Agi 
Modliszka


Posty: 39228
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: 21 Marca 2012, 09:29   

Lopto, zamierzasz tym sposobem opublikować całą powieść?
To raczej kiepski pomysł.
Tu wstawiamy próbki, a nie cały towar. :mrgreen:
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 22 Marca 2012, 00:27   (7) Wszyscy święci idą do… - Arena po raz drugi

Ustawiono ich w rzędzie. Dwunastu przerażonych mężczyzn, odzianych w obcisłe, wściekle pomarańczowe drelichy. Wyglądali jak wyciągnięci z bloku śmierci. Przy każdym postawiono dwóch strażników. Zbyteczny nadmiar ostrożności, zważywszy na możliwości jassich.
Tym razem widownia amfiteatru była niemal pusta, jedynie najwyższe miejsca zajęli strzelcy wyposażeni w lśniące rury lopów. Starsi wkroczyli na arenę po specjalnie przygotowanej rampie, oczywiście oprócz Beznogiego Czyżyża, który przewodził przybyłym, manewrując na swym naszpikowanym elektroniką spodku. Gdy Starsi zajmowali miejsca na kamiennych ławach, w odległym krańcu areny zgrzytnęły ukryte w marmurowej cembrowinie wrota. Oddział zakapturzonych jassich wepchnął tamtędy ogromny, czarny kontener, unoszący się ponad powierzchnią gruntu, prawdopodobnie za sprawą tej samej technologii, która zapewniała mobilność Czyżyżowi. Ja i Magda, zostaliśmy postawieni z dala od pomarańczowej grupy. Pilnowało nas czterech wyższych rangą, żółtych funkcyjnych. Kiedy podpłynął Czyżyż odstąpili o kilka kroków.
- Czy pałacowe kwatery odpowiadają twemu wyobrażeniu gościnności?
- Nie.
- To się dobrze składa, bo okres waszej bezczynności właśnie dobiega końca.
- Naszej?
- No tak, kolejne pytania. Popatrz, co dla was przygotowaliśmy. – Wieloprzegubowe ramię wykonało szeroki zamach. Na ten gest zareagowała ekipa zgromadzona wokół kontenera. W ciągu kilku minut podciągnięto czarny sześcian w pobliże kręgu ław. Czyżyż wyemitował brzęczącą metalicznie komendę. Podbiegł jeden ze strażników wchodzących w skład grupy pilnującej pomarańczowych. Gdy był już blisko, rozpoznałem układ plam na pysku.
- Witaj, Radju. Jakąż nową zagadkę przyniesie nam ten dzień? – Ignorując moją zaczepkę, jassi wpatrywał się wyczekująco w Czyżyża. Ten wydał z siebie serię głośnych szczeknięć, przerywanych fazami modulowanych szumów. Gdy skończył, Radju zajął bliską pozycję po prawej. Magda mocno ściskała moją dłoń. Za mocno.
- Boję się.
- Ja też. Oni o tym wiedzą. Cokolwiek nastąpi, spróbujmy zachować spokój. Tylko to nam pozostało. Czyż nie? – Spojrzałem na osłonięty szkarłatnym kapturem czubek głowy naszego towarzysza. Nie patrząc na mnie, wysyczał krótką odpowiedź, natychmiast zinterpretowaną przez ukryty za mym uchem mikrotranslator, współpracujący z urządzeniem nadawczym Radju.
- Jeśli zauważą, obaj skończymy w otchłani Czarnej Kostki. – Wiedziałem, że postępuję głupio, ale tylko nawiązując kontakt z kimś obeznanym z sytuacją, mogłem ukoić skołatane nerwy.
W tym momencie obsługa ściągnęła pluszową plandekę, okrywającą dotąd kontener. Kostka faktycznie była czarna. Wyglądała jak olbrzymi, kamienny blok pomalowany na czarno, ale to było jedynie pierwsze wrażenie. Materiałem, z którego wykonano artefakt, z pewnością nie był kamień. Pozorne nierówności i spękania pełzały leniwie, tworząc kolejne, niestabilne układy. Im dłużej obserwowałem obiekt, tym trudniej przychodziło mi skoncentrować wzrok. Choć w ogólnym zarysie monolit nadal zachowywał jednolitą formę sześcianu, to jednak każdy centymetr kwadratowy widocznej powierzchni ścian sprawiał wrażenie bliskiej wrzeniu, organicznej zupy. Skala bryły i matowa czerń dodatkowo utrudniały orientację.
Stratogoros, o czym poinformował nas wcześniej Radju, pełnił między innymi funkcję opiekuna Czarnej Kostki.
Starszy podszedł do bloku i rozpoczął długą litanię. Ułożył plamiaste dłonie na ruchomej powierzchni, a różowy dym wypełniający przeźroczysty baniak głowy, począł wnikać wąską stróżką w strukturę ściany. Stratogoros zanurzył ręce w czerni aż po łokcie. Obiekt zadrżał jak galareta. Celebrant powoli odstąpił od monolitu. Dziury powstałe w miejscu gdzie przed chwilą tkwiły jego kończyny, wypełniła biała, kleista ciecz, spływająca wąskimi strugami na pylistą arenę. Kolejnym wstrząsom towarzyszył odgłos ssania, po czym biały płyn został wciągnięty z powrotem w otwory. Ściana zapadła się, ukazując wirującą masę błękitu i bieli. Przemieszane kolory tworzyły lej, którego dno uformowało okrągłe obramowanie otworu prowadzącego do wnętrza Kostki. Czyżyż posłał w eter przeciągły gwizd. Strażnicy pchnęli jednego z ludzi. Sądziłem, iż będzie walczył, a przynajmniej krzyczał, ale nie stawiał oporu. Najwyraźniej przerażenie całkowicie złamało jego wolę życia. Strach nie był jedynym uczuciem odciśniętym na zmaltretowanym, bladym obliczu. Pamiętam wyraz bezbrzeżnego zdziwienia, jaki uchwyciłem w wybałuszonych oczach. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że nasze spojrzenia spotkały się ponad cybernetycznymi głowami inicjatorów koszmaru. Nie jestem pewien, czy mężczyzna faktycznie spoglądał na mnie, jednak dostrzegłem moment, gdy wszystkie skłębione za wymiętą maską twarzy emocje, pochłonęła zimna pustka rezygnacji. To był prawdziwy obraz śmierci, poprzedzającej unicestwienie ciała.
Z otworu w dnie wiru buchnął obłok czarnego dymu. Pilnujący więźniów jassi wcisnęli im w dłonie szare półmaski, następnie sami przyłożyli do pysków własne. Ludzie natychmiast osłonili usta i nosy, dociskając zbielałymi dłońmi elastyczne osłony. Radju błyskawicznie podał sprzęt dla mnie i Magdy. Mężczyzna pozostający w zasięgu oddziaływania obłoku, upadł tocząc pianę z ust. Wstrząsające ciałem drgawki upodobniły je do marionetki szarpanej bezmyślnie za wszystkie sznurki. Z wnętrza Kostki wypełzł siny warkocz, poznaczony węźlastymi, bladożółtymi zgrubieniami przypominającymi purchawki. To one wydzielały truciznę. Zakończona różowawą bulwą wić, oplątała nadgarstek podrygującej dłoni i zawlokła zdobycz w czeluście sześcianu. Monolit zadrżał po raz ostatni, po czym otwór przejścia uległ nagłemu zasklepieniu bryzgiem szybko tężejącej, białej substancji. Biel plomby poczęła w mgnieniu oka ciemnieć, aż całość utonęła na powrót w smolistej czerni. Kilku jassich rozpyliło wokół aerozol, będący zapewne substancją zobojętniającą. Maski nie były dłużej potrzebne. Dopiero teraz zauważyłem ciemniejsze plamy w okolicach krocza, wyraźnie kontrastujące na pomarańczowych kombinezonach kilku mężczyzn. Jeden upadł i wrzeszczał ściskając klatkę piersiową. Strażnicy natychmiast rzucili się ku niemu. Wezwano grupę medyczną z noszami. Wszystkich więźniów wyprowadzono poprzez rampę. Na arenie pozostaliśmy tylko ja, Magda, Radju i Starsi.
- Czy ceremonia ofiarowania Czarnej Kostki, wyrwała cię z ułudy poczucia sprawowania kontroli? – wychrypiał metalicznie Eurupion, oślepiając mnie na moment zielonymi wiązkami szperaczy. Ponieważ nie doczekał się odpowiedzi, ciągnął dalej. – Jak widzisz, my też mamy do ciebie pytania.
Z ławy powstał ze zgrzytem Starszy z wmontowanymi w pierś tubami, w których upchano pulsującą masę białych glist. Jako jedyny przedstawiciel Wiecznej Rady zachował część swej pierwotnej głowy. Zasuszona skóra twarzy została rozpięta na ramce zaopatrzonej w szereg mikroskopijnych, czerwonych lampek. Tuż za nią, opleciona kłębowiskiem żółtych, czerwonych i niebieskich kabelków, tkwiła metaliczna kula wielkości dużego grejpfruta. Dwa zestawy podwójnie sprzężonych kamer śledziły każdy mój ruch.
- Zwą mnie Kryzysowym Marszandem, choć wolę abyś używał mego ulubionego imienia.
- Czyli?
- Mów mi Kisz.
- Dobrze.
- Podobało ci się?
- Nie.
- Dlaczego?
- To sadyzm w czystej postaci.
- Zatem nie…
- Nie.
- Z analiz historii waszego gatunku wynika, że przyjemność czerpana z zadawania bólu, stanowi istotną część skromnego jak dotąd dorobku cywilizacyjnego homo.
- Nie zaprzeczam, ale nie mogę tłumaczyć błędów całej cywilizacji.
- Gdzie dostrzegasz błąd?
- Zadawanie cierpienia bez powodu, to według mnie poważny błąd.
- Chwileczkę. W swoich wypowiedziach wciąż przemycasz dziwne założenia. Dlaczego uważasz, że byłeś świadkiem cierpienia pozbawionego sensu? Poza tym, poszukiwanie przyjemności to kolejny fundamentalny motyw obecny w całej waszej kulturze. Być może się mylę, lecz satysfakcja czerpana z niczym nieograniczonej władzy, umożliwiającej zadawanie bólu, jak również poszukiwanie argumentów, których celem jest zatarcie granicy pomiędzy przyjemnością, a rzekomą powinnością, to wasz gatunkowy wyróżnik. Co mi na to odpowiesz, homo?
- Prawdę powiedziawszy, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- Mimo to, od razu zaklasyfikowałeś obserwowane zdarzenia jako czynnik pozbawiony sensu. Czy potwierdzasz, że dominantą twego postępowania jest nieustanne przykrawanie rzeczywistości do wzoru wdrukowanego w świadomość poprzez społeczną tresurę?
- Być może społeczeństwo ma większy wpływ na kształtowanie moich postaw, niż chciałbym przyznać.
- Nareszcie do czegoś dochodzimy. Mityczny Eurupionie, widzę że pragniesz zadać kilka pytań. – Kisz zajął swoje miejsce, zaś przed zgromadzonych wystąpił Eurupion.
- Jak widać, homo rzadko kojarzą fakt wpływów społecznych i ich powiązań z życiem jednostki…
- Wybacz Eurupionie, ale muszę zaprotestować. Nasza cywilizacja poświęciła wiele czasu i energii, aby zgłębić ten temat. Mamy… - Potężne uderzenie w okolice krzyża powaliło mnie na ziemię. Magda zaczęła krzyczeć. Oszołomiony nie potrafiłem powstać o własnych siłach i w końcu Radju użyczył mi swego ramienia. Za pozwoleniem przysiadłem na jednej z ław.
- Nigdy nie przerywaj Starszym, homo. – Udzieliwszy cennej rady, Radju wycofał się rozmasowując pięść. Magda leżała w pyle, najwyraźniej nieprzytomna.
- Czy wolno mi…? Czy mogę? – Ponieważ nikt nie oponował, postanowiłem zaryzykować i ruszyłem w jej stronę. Przyklęknąwszy, delikatnie odchyliłem głowę. Z wolna odzyskiwała świadomość.
- Dlaczego…?
- To moja wina, przepraszam. Pomału… – Wspierając wzajemnie swe wysiłki, pokuśtykaliśmy na zajmowane poprzednio miejsce.
Eurupion zgrzytnął wykonując lekki obrót w moim kierunku i pochylił metalowe pudło głowy w taki sposób, jakby oddawał pokłon. Potem zabuczał.
- Mówiłeś coś o dorobku waszej filozofii?
- Tak. Sądzę, że jest znaczący.
- Nie rozumiem cię, homo. Jak możesz powoływać się na dorobek intelektualny, którego nie wykorzystujesz?
- Ja być może nie, ale ludzie…
- O jakich ludziach mówisz?
- Bo ja wiem…? Na Ziemi żyli i wciąż żyją ludzie, których postawa przeczy zgeneralizowanemu obrazowi naszej cywilizacji.
- Znasz ich nauki?
- W ogólnych zarysach.
- Na przykład?
- Budda i Jezus głosili ponoć konieczność rezygnacji ze stosowania przemocy.
- Doprawdy? Co do Buddy, zgoda, choć kultury jakoby hołdujące jego naukom, nie zaprzestały stosowania rozwiązań siłowych. Jeśli idzie o Jezusa, to jak go nazywasz? Barankiem Pokoju, czy Niosącym Topór?
- To w zasadzie kwestia interpretacji.
- Ach… więc przyznajesz, że wasza cywilizacja nigdy nie porzuciła wzorca postępowania opartego na brutalności?
- Oczywiście. Jednak upraszczacie sprawę, sprowadzając wszystko do literalnego odczytywania zapisów zawartych w księgach.
- Ty odczytujesz je inaczej? Przecież twierdzisz, że znasz jedynie niewielkie fragmenty.
- Rozmawiacie z niewłaściwym człowiekiem. Nie potrafię…
- To już wiemy – wtrącił Czyżyż. – Teraz próbujemy ustalić ile naprawdę wiesz. – Wykonał gest w kierunku niemej postaci Starszego, który dotąd sprawiał wrażenie pogrążonego we śnie, czy raczej stanie czuwania. – Zastosuj metodę porównawczą.
Cyborg ożył, rozświetlając przykryty togą korpus setkami seledynowych światełek. Wyglądało to, jakby nagle obsiadł go rój świetlików. Diody posiadały wystarczającą moc, aby ich blask był widoczny poprzez tkaninę. Ruchy Starszego przywodziły na myśl przedśmiertną drżączkę owada. Głowa w formie wypełnionej bursztynową galaretą piramidy z przejrzystych tafli, podrygiwała lewitując kilkanaście centymetrów ponad ramionami w emanującym fioletową poświatę polu.
- Jam Gualdibardo. Gotów?
- Zaczynajmy.
- Posłuchaj: Powiadają, że piękno nigdy nie gości w zatwardziałych sercach. Jeśli tak, to mieszkańcy stolicy prowincji Tara, byli istnymi potworami, choć większość z nich na co dzień używała drogich perfum, zbytkownych jedwabi i wyszukanej biżuterii. Zdarzyło się w porze deszczowej, że na progu domu gejsz przysnął nędzny żebrak. Słudzy zapewne szybko by go przegnali, jednak uciekając przed ulewą, wszyscy opuścili stanowiska. Pierwsza kurtyzana, Matsumi, wracała właśnie z wizyty u możnego kupca. Gdy opuszczała palankin, dostrzegła żebraka. Eskorta natychmiast otoczyła przemokniętego przybłędę, lecz Matsumi powstrzymała strażników i przywołała starca.
- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
- Nie, szlachetna pani. Moje życie dobiega końca i rychło wyruszę tam, gdzie nie ma głodu, ni bólu.
- Mimo to, przyjdź wieczorem pod wschodnie okna.
- Będę tam.
Tej nocy kurtyzana śpiewała dla kropel deszczu, co jak łzy obmywały brudne ulice miasta. Tak myśleli wszyscy, prócz ukrytej w mroku, skulonej postaci. Rankiem słudzy odnaleźli pod wschodnią ścianą zimne ciało nędzarza. Ponoć na jego twarzy zastygł blady cień uśmiechu. Co sądzisz o tej opowieści?
- Jest smutna.
- Czy odczuwasz potrzebę identyfikacji, z którąś z postaci?
- Raczej nie.
Po mojej odpowiedzi nastąpiła krótka przerwa. Starsi rozpoczęli dyskusję we własnym gronie, natomiast my zostaliśmy odprowadzeni na bok przez Radju, który wyszeptał coś do komunikatora ukrytego w bransolecie. Niemal natychmiast nastąpiła materializacja grupy czterech jassich, dźwigających tace z obiektami przypominającymi zielone sople oraz czarne jak węgiel, kwadratowe klocki. Ponieważ na jednej z tac, ułożono także zwykłe pomarańcze i pszenne bułki, domyśliliśmy się, że to jedzenie. Podano też wyposażony w dozownik, wysoki cylinder i kilka matowoszarych kubków. Nie mogąc podejść do kręgu zajmowanych przez cyborgi marmurowych ław, byliśmy zmuszeni jeść na stojąco. Jassi z gracją wprawnych kelnerów podsuwali poczęstunek, jednocześnie zupełnie nas ignorując, rechotali między sobą. Sople miały konsystencję czerstwego ciasta i smakowały jak płatki zbożowe z domieszką wiórków kokosowych. Nikt nie tknął sześciennych bryłek. Budziły zbyt mocne skojarzenia z Czarną Kostką. Napój okazał się ciepłym, srebrzystym bulionem wydzielającym słodki zapach rumu. Bardzo rozgrzewał, ale z pewnością nie zawierał alkoholu. Kiedy Czyżyż zatrajkotał piskliwie, służący zniknęli zabierając ze sobą jedzenie i naczynia. Nadal przeżuwając ostatnie kęsy, wróciliśmy do kręgu siedzisk.
- Jesteśmy pewni, że spełnisz wymogi transformacji. – Rozpoczął Stratogoros. – Co prawda, stan twej wiedzy pozostawia wiele do życzenia, jednak uznaliśmy, iż nie to zadecyduje o powodzeniu planu, który będziesz realizował w naszym imieniu. Poznaj Godota.
Naprzód wystąpił Starszy, zachowujący do tej pory milczenie. W odróżnieniu od pozostałych, Godota okrywał płaszcz uszyty z czarnych skrawków. Można by go było nazwać rodzajem patchworku. Tors upstrzony kawałkami soczystego mięsa wyglądał makabrycznie, jak dzieło Kuby Rozpruwacza. Spodziewałem się zapachu zgnilizny, ale nie wyczułem żadnej przykrej woni. Głowa stanowiła połączenie staromodnego patefonu ze złotą tubą i trzech kulistych gruczołów, spiętych giętkimi rurkami. Całość spowijał gąszcz cieniutkich kabli przetykany śluzowatymi wstążkami robali, podobnych do menażerii wypełniającej pojemniki piersiowe Kisza.
- Brawo! Brawo! I jeszcze raz brawo, do cholery! – melodyjny zaśpiew naśladował najlepsze dokonania wokalne Elli Fitzgerald. – Moją ulubioną postacią telewizyjnej serii o przygodach Robin Hooda był Guy z Gisburne, bez pudła, stary. Lubiłem patrzeć jak się miota bez sensu. Wciąż gadał od rzeczy i często obrywał w łeb. Trochę mi go przypominasz. - Zbity z pantałyku wolałem milczeć.
- No jakże ci, robaczku? Ciepło? Jeszcze ci Kuklinowski boczków przypali, bez pudła, stary. – Patrzyłem bezradnie na pozostałych Starszych. Rzecz jasna, ich sztuczne głowy pozbawione twarzy nie wyrażały absolutnie niczego, co mogło stanowić dla mnie jakąś wskazówkę. Po chwili z tuby patefonu popłynęły zakłócane lekkimi trzaskami dźwięki trąbki Satchmo. Przez kilka minut słuchaliśmy instrumentalnej wersji „Summertime”. Kiedy muzyka ucichła, Godot przemówił głosem Seana Connery’ego.
- Czy teraz czujesz się lepiej?
- Nie rozumiem.
- Dla rozluźnienia atmosfery podrzuciłem ci kilka elementów, zaczerpniętych z rzeczywistości twego macierzystego świata. Czy czujesz się lepiej?
- Tak, dziękuję. Bardzo mi pomogłeś.
- Znakomicie. Zaprawdę, powiadam ci, dobrze jest, kuźwa. Teraz wprowadzimy cię w nasz plan. Bez pudła, stary…

***
_________________
Lopto
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 22 Marca 2012, 00:28   (8) Wszyscy święci idą do… - Bilard

Dzień był wyjątkowo pochmurny, ale wysokie na kilka metrów, fasetowe okna sali bilardowej zapewniały znakomite doświetlenie. Od kilku godzin siąpił ciepły deszcz, rozmazując kontury wypielęgnowanych żywopłotów, rzeźb i ozdobionej posągiem Neptuna, nieczynnej fontanny. Alejki i trawnik nadal uwalniały smugi pary.
Radju rozgrywał ze sobą partyjkę przy inkrustowanym masą perłową stole, zaś ja, umierałem na lśniącym czystością, mozaikowym parkiecie. Kiedy nie byłem już w stanie wytrzymać w pozycji embrionalnej, przekręcałem się na plecy i przewracając zapuchniętymi oczami, błądziłem bezmyślnie wzrokiem po sięgających sufitu regałach zastawionych starodrukami, lub malowidłach wypełniających pozłacane plafony. Alegorie poezji, muzyki i dramatu, otoczone bandą spasionych amorków, przypomniały mi wycieczkę do Wiednia. Wtedy byliśmy razem…
- Radju, proszę… daj mi jeszcze – wybełkotałem przez zapchany smarkami nos.
- Nie, homo, bo skończysz jak Brejtle. Nie wolno ci przesadzać z naszymi lekami. Twój organizm tego nie wytrzyma.
- Radjuuu! Ty gnoju…! Nienawidzę cię! Nienawidzę was wszystkich! Pieprzone gady! Zabij mnie… Odwal się… Pomóż mi… - Moje żałosne zawodzenia wyprowadziłyby z równowagi nawet świętego, mimo to, mój towarzysz od dobrych trzech kwadransów dzielnie znosił dziecinne napady histerii. – Dlaczego mi ją odebraliście? Przecież obiecałem, że będę współpracował… Dlaczeeego!?
- Już to przerabialiśmy, homo. Twoja samica żyje i nic jej na razie nie grozi. – Stukot uderzających o siebie bil upewniał mnie, że jak dotąd, jassi ani na chwilę nie przerwał gry.
- Wiesz, *beep*, że nie o to mi chodzi!
- Wiem… *beep*.
- Daj mi jeszcze tego białego. Tak mi było po tym dobrze…
- Nie.
- No, to ociupinkę różowego… Radjuuu!
- Nie.
- Ty parszywy, pozbawiony uczuć gadzie!! – Zabrakło mi nagle tchu, jednak nie musiałem dłużej wysilać gardła. Radju odrzucił kij bilardowy i błyskawicznie mnie dopadł. Nim byłem w stanie zareagować, schwycił głowę w imadło swych sześciopalczastych dłoni, przyciągając w taki sposób, że moja twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od wyszczerzonej gniewnie paszczy. Owionął mnie kwaśny odór gadziego oddechu.
- Przyjrzyj mi się dobrze, homo! Jestem wojownikiem jassich, nie twoją niańką! Na wzwód *beep*! Jeśli zaprzepaścisz nasz plan, to przysięgam, nim ja i Brejtle wydamy ostatnie tchnienie, odgryzę ci ten twój pusty łeb! – Pomimo gniewu, z obu par oczu ciekły cieniutkie, błękitne stróżki. Tym razem nie miałem wątpliwości – płakał.
- Przepraszam, Radju. Przepraszam… - Puścił mnie i zwinnym ruchem wskoczył na stół bilardowy. Siedział tak, dyndając w powietrzu obutymi w czerwone ciżmy, wielgachnymi stopami. Obserwując go z żabiej perspektywy, odniosłem wrażenie, iż patrzę na przebranego w halloweenowy kostium dzieciaka, a nie Obcego, zdolnego jednym machnięciem przetrącić kręgosłup.
- To jak będzie, homo? Chcesz się nadal nad sobą użalać, czy wreszcie coś postanowisz?
Gorycz paliła niczym szufla rozżarzonych węgli. Oczy piekły niemal tak mocno, jak wtedy, gdy w lesie Brejtle przywalił mi wiązką ogłuszającą z lopa. Poczucie życiowej straty dławiło boleśnie. Aż dziw bierze, że wytrzymałem spotkanie ze Starszymi. Radju wpakował we mnie przedtem połowę specyfików ze swej podręcznej apteczki. Tylko dzięki temu mogłem znieść jej obecność i wszystkiego nie spieprzyć. Nadal nie byłem w stanie uwierzyć w to, co się stało. Musiałem to usłyszeć jeszcze raz, tym razem bez niej.
- Opowiedz mi to jeszcze raz, Radju.
- Ocipłeś?
- Mówi się „ocipiałeś”. Jeszcze raz, Radju. Potrzebuję tego. Muszę to jakoś przetrawić – wzdychając ciężko, rozpoczął powtórkę swych zwierzeń poprzedzających ceremonię ofiarowania Czarnej Kostki.
- Tym razem słuchaj uważnie, bo nie będę tego tłumaczył po raz trzeci. Zielona samica nie jest twoja. To imitacja. Musieliśmy ją tworzyć w warunkach polowych, dlatego pozostała trochę nie dopracowana. Zapewne przyczyną była zbytnia koncentracja na aspektach mentalnych, no i wyszło, jak wyszło. Starsi trafnie przewidzieli wasze reakcje. Istniało ryzyko, że kontakt z nami odbierze wam rozum…
- To akurat prawie wam się udało.
- Słuchaj i nie przerywaj! – ofuknął mnie.
- Dobrze już, dobrze. Mów dalej.
- Kiedy było jasne, że twoja samica…
- Proszę, Radju… Magda.
- Kiedy zyskaliśmy pewność, że Magda nie wytrzyma, pozostało jedynie zastosować plan awaryjny.
- No, ale sam mówiłeś… mataxbanum!
- Aleś ty durny, homo. Taka substancja nie istnieje. Wymyśliłem to na poczekaniu. Trzeba ci było jakoś wytłumaczyć jej wygląd.
- Czyli Brejtle jej nie skrzywdził?
- Zrobiłby to z pewnością, ale na pewno nie byłby w stanie jej zgwałcić. My… Jassi nie mają organów służących rozmnażaniu. Jesteśmy kształtowani w tyglach bionicznych.
- To jakim cudem Brejtle jest twoim bratem?
- Ech, homo… Wasze myślenie jest sztywne jak…
- Wzwód *beep*?
- Dokładnie. Dojrzewamy połączeni w parach. Wymiana informacji na wczesnym etapie wzrostu, wzmaga rozwój centralnego układu nerwowego. Osobnik, z którym tworzysz parę, to twój brat.
- A czemu nie siostra? No wiesz, skoro nie macie… ten… tego?
- Aleś się czepił! Mnie tam wszystko jedno. Chcesz o mnie myśleć jak o samicy, twoja sprawa.
- Przepraszam, prawdziwy z ciebie macho. Powiedz lepiej, o co chodzi z tym Wszystkojebem?
- Tego dowiesz się później i na pewno nie ode mnie.
- Dobra, mów o niej.
- Po prostu, podmieniliśmy Magdę na imitację. Wątpiłem, czy chwycisz przynętę, ale jak ją zobaczyłeś, od razu poczułem w powietrzu fluidy namiętności, hreee…
- Nie kpij! Ja ją kocham.
- Kogo?
- Magdę, do cholery!
- Magda śpi smacznie w komorze neutralizacyjnej. Gdybyśmy jej nie wytłumili, jak nic, ściągnęłaby na nas uwagę ontów. Emitowała niezwykle silne fale mentalne. Z taką sztuką szalejącą na pokładzie, nie dalibyśmy rady niepostrzeżenie przebyć strefy Ugoru.
- Czyli nie ma szans na to, żeby Magda była jak imitacja?
- O czym ty gadasz, homo?
- Powiedz mi! Czy możecie sprawić, żeby Magda zachowywała się jak imitacja?
- Nie, bo co?
- Macie tak zaawansowaną technikę i nie potraficie tego zrobić!?!
- Nawet Starsi tego nie potrafią. Gdybyśmy byli w stanie manipulować uczuciami w taki sposób, to po co tworzyć imitację? Nie tylko ty masz kłopoty z rozeznaniem, co jest prawdą. Wiesz jak zmuszają jassich do posłuszeństwa?
- No, jak?
- Wywołują wojny z sąsiednimi światami. Rozumiesz?!
- Nie.
- Atakują, żeby wywołać kontratak. Jedna generacja ginie w obronie granic, a kolejna dojrzewa, przyswajając spreparowane informacje. Kiedy nowa armia opuszcza tygle, wojna trwa w najlepsze, więc zastana rzeczywistość odpowiada naukom wpajanym w trakcie dojrzewania. Potem wystarczy pokazać autentyczne materiały z frontu i w ten sposób podsycić rządzę odwetu. Ranni i weterani potwierdzają konieczność kontynuowania oporu i tak w kółko. Nim ktokolwiek zdoła ochłonąć po opuszczeniu tygla, już musi walczyć o życie.
- To chore.
- Nie praw kazań, homo! Starsi są w tym o wiele lepsi. Wiemy, jak to wygląda u was.
- W gruncie rzeczy… faktycznie, różnice są kosmetyczne.
- Żebyś wiedział. Tu wszystko się wali. Trzy obroty temu, armia liczyła prawie dwadzieścia milionów jassich. Cztery razy tyle harowało w fabrykach, laboratoriach, kopalniach, na farmach… Teraz ledwo wiążemy koniec z końcem. Na froncie pozostało niespełna siedemset tysięcy wojowników zdolnych do walki. Tygle pęcznieją od dojrzewającej w nich nienawiści. Starsi rozpętali kampanię indoktrynacji, jakiej nie pamiętają nawet weterani Bitwy Cmokających Oraczy.
- Tak przy okazji, te trzy obroty, to długo?
- Daj pomyśleć… od początku potrójnego cyklu, wasz glob okrążył macierzystą gwiazdę prawie dziewięć razy.
- A tutaj?
- Tutaj to po prostu trzy obroty. Kojarzysz E = mc²?
- Jasne.
- Zatem wiesz, że bariera czasu to kwestia względna. Homo nawet nie dostrzegają ułamka możliwości zakreślonych ramami tego równania. Prędkość fotonów w próżni, stanowi granicę nieprzekraczalną jedynie na wstępnym etapie rozwoju technologicznego. Po osiągnięciu wyższego poziomu, czas i przestrzeń ujawniają nowe właściwości.
Kolejne ukąszenie żalu po stracie ukochanej odebrało mi chęć kontynuowania rozmowy. Myśl, że moja cudowna, czuła, cicha i oddana żona, jest jedynie produktem bezwzględnej manipulacji, nadal niemiłosiernie dewastowała psychikę. Jeszcze boleśniejsza była świadomość, iż prawdziwa Magda, nawet przy założeniu, że oboje opuścimy kiedyś matnię Ox-Hox, zapewne nigdy nie obdarzy mnie choćby cieniem uczucia, jakiego zaznałem w kontakcie z jej imitacją. Radju chyba zrozumiał przyczynę mego milczenia.
- Nie łam się, homo. Musisz być silny. Czeka nas wiele pracy.
- Trudno mi się pogodzić z jej stratą.
- Nie masz wyboru. Cierpisz nie dlatego, że ją straciłeś, bo do tego nie doszło, tylko z powodu konieczności porzucenia samej koncepcji straty jako takiej.
- Żartujesz sobie.
- Bynajmniej. Jako weteran, zaliczyłem wiele obrotów w fabryce. Wcześniej musiałem odsłużyć swoje na froncie. Kiedy wróciłem, miałem sporo czasu na uzupełnienie wykształcenia. Doktryna pustki odkryta w waszym świecie przez Tathagatę, ma charakter uniwersalny. Na przestrzeni dziejów była odnajdywana i gubiona wielokrotnie, niezależnie w milionach wymiarów. Jak dotąd, nikt nie podważył jej założeń na gruncie naukowym, a przynajmniej nam nic o tym nie wiadomo.
- Jaki to ma związek z moją sytuacją?
- Otóż to, homo. Nieliczni przedstawiciele twojej rasy, wznieśli się na poziom budzący podziw, jednak w masie jesteście beznadziejni. Trwonicie czas na bezmyślne rozrywki. Macie za nic własny dorobek. Za mało czytacie.
- Miało nie być kazań.
- Sam zacząłeś. Przypomnij sobie swój żenujący występ przed Starszymi. Nie potrafiłeś podać nawet najbardziej oczywistych argumentów.
- To z powodu jej bliskości. Zupełnie straciłem głowę. Poza tym, buzowała we mnie cała twoja apteka.
- Dzięki temu okiełznałeś rozsadzające cię emocje.
- Zrozum, dla mnie jest tak, jakby żyła i jednocześnie była martwa.
- Cóż, przypomina to historię pewnego kota. Jeden z waszych…
- Wiem… Schrödinger. Przestań żonglować słowami. Jestem zdruzgotany.
- Tak, oczywiście. Ale nadal masz zamiar jeść, spać i srać?
- Co?
- Właśnie to! Będziesz żył. Apatia, euforia, na koniec histeria. Potem, gdy już nie macie sił histeryzować, ponownie dopada was otępienie. Cykl ulega zapętleniu i zaczynacie od zera. Tacy właśnie jesteście, homo.
- Skąd tyle wiecie o ludziach?
- Obserwujemy was od jakiegoś czasu.
- Pomimo tak wielu wad, wybraliście ludzi.
- Ja tylko wykonuję rozkazy. Osobiście nie podzielam optymizmu Godota.
- Wątpisz w moje możliwości?
- Jeszcze przed chwilą wiłeś się w męce u mych stóp, żebrząc o porcję reduktora. Nie znasz nauk przedstawicieli twego własnego gatunku, którzy jako nieliczni spośród was, zasłużyli na miano istot rozumnych. Można cię okpić za pomocą prymitywnej sztuczki, na którą nie nabrałbym nawet embriona jassich. Od momentu, kiedy cię zgarnęliśmy, kilka razy traciłeś przytomność i gdyby nie interwencje medyczne, pewnie już by cię nie było. Nie potrafisz odwzajemnić upragnionego uczucia, tylko dlatego, że źle ci się kojarzy słowo „imitacja”. Pomyśl, czy powierzyłbyś los milionów swoich rodaków komuś takiemu jak ty?
- A jednak Starsi postawili właśnie na mnie.
- To prawda. My, jassi, nie rozumiemy tej decyzji. Dlatego jeszcze żyjesz, homo. – Radju cisnął w moim kierunku kij zgarnięty ze stołu. Ledwo zdołałem go schwycić. Podchodząc do stojaka wybrał dla siebie nowy i odsłaniając potrójny garnitur drobnych kłów, wychrypiał. – To jak, szybka partyjka przed kolacją?

***
_________________
Lopto
 
 
Lopto 
Tom Bombadil

Posty: 37
Skąd: Kraków
Wysłany: 22 Marca 2012, 00:29   (9) Wszyscy święci idą do… - Przedsionek piekła

Ox-Hox było osadzone w wielowymiarowej bańce, dokładnie tak, jak w przypadku ukrytych modułów vergha. Świat Starszych nie stanowił jednolitej całości w sensie przestrzennym, niemniej wszystkie jego części składowe pozostawały ze sobą sprzężone. Podróżując w Długiej Lektyce Godota, mogłem zobaczyć „przedsionki”, łączące poszczególne sekcje wyodrębnione w trzech wymiarach. Starszy odradzał mi oglądanie fenomenów ujawnianych podczas przemierzania niestabilnych stref nieciągłości, ale oczywiście go nie posłuchałem. Nie był zachwycony moją decyzją, lecz nie protestował. Pozostawiłem go wraz ze świtą w sali jadalnej na dolnym pokładzie, a sam przecisnąłem spiralnymi schodkami na górny, do rzeźbionej w gąbczastym drewnie guerpa komnaty widokowej. Pozłacane osłony bulajów uformowano w wielopasmowe, splątane dziko, metalowe warkocze. Szybko doszedłem do tego, że zdobienia zostały zaprojektowane w taki sposób, aby zniechęcić potencjalnych obserwatorów do korzystania z iluminatorów. Bez względu na to, jak bardzo się starałem, nie mogłem przyjąć odpowiedniej pozycji do obserwacji. Bulaje zostały rozmieszczone zbyt wysoko, zaś złote oprawy naszpikowane sterczącymi na wszystkie strony łuskami liści laurowych groziły utratą oczu. Meble w komnacie scalono z połyskującą malachitowo podłogą, zatem nie było mowy o podciągnięciu jakiegoś podwyższenia. Sfrustrowany mogłem jedynie oglądać kalejdoskopowe rozbłyski barw, rzutowane na przeciwległą ścianę i fantazjować na temat generujących je, bajkowych fajerwerków. Rozsiadłszy się niedbale w fotelu odlanym z przypominającej twardą gumę masy, gładziłem główki chimer wieńczące podłokietniki. Przymknąłem oczy próbując sprawdzić, czy zdołam wychwycić jakieś dźwięki z zewnątrz, jednak docierały do mnie jedynie odgłosy trwającej poniżej uczty. Dziwaczna, hipnotyczna muzyka, przetykana rechotem jassich, wibrowała w całym pojeździe. Stłumiony rytm urozmaicały z rzadka okrzyki rozkoszy rudowłosej Ziemianki. Kiedy opuszczałem jadalnię, leżała na obciągniętym szkarłatnym pluszem szezlongu - naga, z szeroko rozłożonymi nogami. Przybierające na intensywności spazmy wskazywały, że Godot nie próżnował.
Nie wiem kiedy zasnąłem, pamiętam natomiast koszmar i przykre przebudzenie. Śniłem, że brnę przez grząskie pryzmy ziemniaczanego purée, zmieszanego z łypiącymi martwo milionami rybich oczu, uciekając przed patefonem wyposażonym w owłosione, muskularne nogi i potworny członek w pełnym wzwodzie. Monstrum pojawiało się na szczytach ohydnych hałd, to znów ginęło w ich labiryncie, jednak wciąż podążało mym tropem, zawodząc przeraźliwie: „Poczekaj, Zającu! Ja ci jeszcze pokażę!”. Do rzeczywistości przywrócił mnie bolesny uścisk. Na lewym ramieniu ujrzałem pokrytą sinofioletowymi plamami dłoń. Długie, podbiegłe sczerniałą krwią paznokcie, niczym szpony drapieżnego ptaka drapały gruby materiał kombinezonu. Największym wysiłkiem woli powstrzymałem chęć odtrącenia upiornej łapy.
- Nie chciałbyś dołączyć do mnie na dole?
- Nie, dziękuję.
- Nie wiesz co tracisz, ta samica ma nadzwyczajny temperament. Może wolałbyś, abym sprowadził twoją?
- Nie! To zbyteczne.
- Kryzys małżeński?
- Coś w ten deseń. Czy ta kobieta jest twoją… niewolnicą?
- O nie, to holenderska malarka. Poznaliśmy się niedawno. – Sądziłem, iż ostatnie wydarzenia uodporniły mnie w pewnym stopniu na możliwe niespodzianki, ale sugestia jakoby Ziemianka dobrowolnie szukała kontaktu z koszmarem zrodzonym w Ox-Hox, była trudna do przełknięcia.
- Chcesz powiedzieć, że ona jest tu… z tobą, z własnej woli!?
- Dlaczego tak cię to dziwi? – Silny zapach lawendy ciągnący z tuby pochylonego nade mną Starszego sprawił, że nieco zbyt gwałtownie wstałem z fotela, uchodząc poza zasięg ramion cyborga. Nadal czułem jego dotyk. Gruczoły głowowe pulsowały miarowo. Odniosłem wrażenie, że Godot nadal kipi pożądaniem. Kilka wstęgowatych robaków odpadło od plątaniny kabli i z cichym pacnięciem wylądowało na posadzce. Żołądkiem szarpnął ostrzegawczy skurcz, więc szybko odwróciłem wzrok.
- Wybacz, jednak nie sądzę, abyś ucieleśniał erotyczne pragnienia przeciętnej Ziemianki.
- Przypuszczasz, że obdarzyłbym zainteresowaniem przeciętną homosamicę?
- Faktycznie, ta musi być wyjątkowa…
- Otóż to. Inspirowałem ją od wielu obrotów, aż w końcu uległa i pozwoliła się…
- Wyobracać?
- …?
- Wybacz. Proszę, powiedz mi, jak do tego doszło? Chcę to zrozumieć.
- Mój mały homo, od dawna przenikamy do waszego świata. Prowokujemy was do odkrywania nowych obszarów mentalnej aktywności. Jak sądzisz, kto podsunął wam pomysł stworzenia rohburteriów?
- Czego?
- Amfiteatrów.
- Chcesz powiedzieć, że to wy je wymyśliliście?
- Oczywiście, podobnie jak grecko-rzymski panteon, barok, art déco, cyklotrony, biustonosze rakietowe i wiele innych ciekawostek. Znasz prace Baconów?
- Nie jestem pewien, kogo masz na myśli? Z nazwiskiem Bacon kojarzę malarza i filozofa.
- Brawo! Obaj ulegali namiętnie mym wpływom.
- Inspirowałeś ich?! W jaki sposób?
- Dokładnie tak, jak to robią pozostali członkowie Wiecznej Rady. Wy nazywacie to wizjami, snami, weną, natchnieniem…
- A Andy Warhol? Wyglądał jak kosmita. On też ulegał waszym wpływom?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Dobry był?
- Niektórzy tak twierdzą. Według mnie powielanie zdjęć metodą sitodruku, to była hucpa, obliczona na zgarnięcie jak największego szmalu, w jak najkrótszym czasie.
- Sitodruk powiadasz… - Godot najwyraźniej począł grzebać w zasobach pamięci, co dobrze wróżyło mojej intencji odciągnięcia jego uwagi od tematów związanych z erotyką. - Ręczny czy maszynowy?
- Z tego co pamiętam, próbował obu sposobów.
- Nieee… Nasi-wasi ludzie od plastyki, to zakamuflowani tradycjonaliści. Bacon! Nasz-wasz człowiek. Gladiator pędzla! Podobnie jak Dali i Beksiński.
- Hmm… Bacon był ponoć stuprocentowym homo? – Wątki łóżkowe nie dawały się łatwo wyrugować z dyskusji.
- Homo, to ty i twoja samica. Baconów zaliczam do istot, które osiągnęły nieco wyższy poziom rozwoju niż reszta tak zwanej ludzkości.
- No, tak. – Przełknąwszy zniewagę, postanowiłem pociągnąć temat. – Idąc tym tropem, „Czekając na Godota” to pewnie też twój wkład w rozwój naszej cywilizacji?
- Owszem. Samuela zapamiętałem jako bardzo wdzięczny obiekt transmisji mikrofalowych, jednak za swój największy sukces uważam mentalne łechtanie Davida Bowie. Międzywymiarowe sprzężenie zwrotne bywało tak silne, że obaj krzyczeliśmy w twórczej ekstazie. Wiesz, to ja zainspirowałem Bowiego do stworzenia „Outside”, bez pudła, stary. „The Heart’s Filthy Lesson” to jeden z ulubionych utworów Stratogorosa. Często odtwarza go podczas swoich eksperymentów z Czarną Kostką.
- W to akurat nietrudno mi uwierzyć.
- Taaak, ale my tu gadu-gadu, a pani stygnie. Muszę wracać na dół. Na pewno się nie przyłączysz?
- Na pewno. Chwileczkę, Godocie. Jeszcze jedno pytanie. Dlaczego ten pokład nazywacie widokowym? Bulaje w zasadzie uniemożliwiają bezpośrednią obserwację.
- Istotnie. Ty jednak, pomimo mej dezaprobaty dla tego pomysłu, oglądałeś miraże „przedsionka”.
- Jak to?
- „Poczekaj, Zającu! Ja ci jeszcze pokażę!”. Ze swej strony mogę jedynie dodać: „Sowy nie są tym, czym się wydają”.
- Ostatnia sprawa…
- Prędzej, homo.
- Pominąwszy grecko-rzymski panteon, kwestie religijne, to jedyny obszar ludzkiej aktywności, na który nie próbowaliście wpływać?
- To nie tak. Religia ma dla nas znaczenie marginalne. Swe wysiłki koncentrujemy głównie na Pętli Zbawienia.
- Naprawdę wierzycie, że moja transformacja zbawi wasz świat?
- My nie musimy w to wierzyć. Ty, o czym się przekonasz, nie masz wyboru. Dlatego, lepiej od razu rozpal w sobie irracjonalny płomień wiary. Pomożemy ci go zdusić, bez pudła.

***
_________________
Lopto
Ostatnio zmieniony przez Lopto 22 Marca 2012, 13:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Matrim 
Kwiatek


Posty: 10317
Skąd: Zagłębie i Wielkopolska
Wysłany: 22 Marca 2012, 01:07   

Agi napisał/a
Lopto, zamierzasz tym sposobem opublikować całą powieść?

Powyższe, to chyba odpowiedź na "tak" :)
_________________
Scio me nihil scire.

"Nie dorastaj, to jest gupie i nie daje się cofnąć. Podobno." - Martva
 
 
 
shenra 
Wielki Kosmiczny Chomik Naczelna Biskupa


Posty: 24980
Skąd: z Nikąd
Wysłany: 22 Marca 2012, 01:08   

Pomyślałam o tym samym.
_________________
Chomikowo obłędnie, lekko neurotycznie w granicach perwersji. "Niuplać dzyndzla" :D specially for smert :D
Przesiądź się!
Przegubowy kotecek!
chomik w świecie
 
 
 
Fidel-F2 
Wysoki Kapłan Kościoła Latającego Fidela


Posty: 37171
Skąd: Sandomierz
Wysłany: 22 Marca 2012, 07:07   

no wziął się i uparł
_________________
Jesteśmy z And alpakami
i kopyta mamy,
nie dorówna nam nikt!
 
 
dzejes 
prorok


Posty: 10065
Skąd: City
Wysłany: 22 Marca 2012, 08:40   

A może on pisze na bieżąco i dlatego nie ma czasu odpowiadać?
_________________
If we shadows have offended,
Think but this, and all is mended,
That you have but slumber'd here
While these visions did appear.
 
 
hrabek 
Kapo di tutti frutti


Posty: 12475
Skąd: Szczecin
Wysłany: 22 Marca 2012, 08:41   

:mrgreen: :mrgreen:
_________________
5 zdań na temat
 
 
Fidel-F2 
Wysoki Kapłan Kościoła Latającego Fidela


Posty: 37171
Skąd: Sandomierz
Wysłany: 22 Marca 2012, 09:11   

ktoś to czyta?
_________________
Jesteśmy z And alpakami
i kopyta mamy,
nie dorówna nam nikt!
 
 
Witchma 
Jokercat


Posty: 24697
Skąd: Zgierz
Wysłany: 22 Marca 2012, 09:18   

Autor... mam nadzieję.
_________________
Basically, I believe in peace and bashing two bricks together.

"Wszystkie kobiety są piękne, tylko po niektórych tego nie widać."
/Maria Czubaszek/
 
 
 
Kruk Siwy 
Wierny Legionista


Posty: 21915
Skąd: Szmulki
Wysłany: 22 Marca 2012, 10:26   

Witchmo, kobieto nieskończonej dobroci i naiwności...
_________________
Tu leży pisarz nieznany.
Marzył, że dorówna tuzom.
Talent miał niespotykany
lecz pisał sobie, a muzom.

ˆ Agi
 
 
Rafał 
.

Posty: 14544
Skąd: Że: Znowu:
Wysłany: 22 Marca 2012, 10:51   

Przyznam się, że ja tak, ale tylko kilka słów, bo mi się (jako zielonemu) wszystkie ..urwy na żółto podświetlają i w oczy włażą :oops: I jeszcze jedno: wam wybipa, ale ja widzę na żółto "wszystkoje-ba". Nie wiem kto zacz i czym się zajmuje, ale chyba ważna persona bo kilka razy się przewija przez tekst.
 
 
shenra 
Wielki Kosmiczny Chomik Naczelna Biskupa


Posty: 24980
Skąd: z Nikąd
Wysłany: 22 Marca 2012, 11:05   

Rafał, miałam takie same refleksje, ale skusiłam się tylko na pierwszych kilka zdań. I odpuściłam.
_________________
Chomikowo obłędnie, lekko neurotycznie w granicach perwersji. "Niuplać dzyndzla" :D specially for smert :D
Przesiądź się!
Przegubowy kotecek!
chomik w świecie
 
 
 
Taselchof 
Yans


Posty: 2182
Skąd: Ćwierkacz
Wysłany: 22 Marca 2012, 11:13   

a to cały czas jest prolog :?:
_________________
Gdybym nie wiedział że to głupota pomyślałbym że to prowokacja...
 
 
terebka 
Filippon


Posty: 3843
Skąd: Nowogródek Pomorski
Wysłany: 22 Marca 2012, 11:15   

:mrgreen:
_________________
SZORTAL
Szortal Na Wynos - Wydanie Specjalne
 
 
 
shenra 
Wielki Kosmiczny Chomik Naczelna Biskupa


Posty: 24980
Skąd: z Nikąd
Wysłany: 22 Marca 2012, 11:28   

No chyba nie. Każdy post ma inny tytuł. Może to minirozdzialiki, jeśli tak, to będą ich miliony :mrgreen:
_________________
Chomikowo obłędnie, lekko neurotycznie w granicach perwersji. "Niuplać dzyndzla" :D specially for smert :D
Przesiądź się!
Przegubowy kotecek!
chomik w świecie
 
 
 
Rafał 
.

Posty: 14544
Skąd: Że: Znowu:
Wysłany: 22 Marca 2012, 11:35   

Wy się nie znacie. To jest pierwsza część wstępu do prologu uwertury.
 
 
mesiash 
Sedecimus


Posty: 1855
Skąd: Stolica
Wysłany: 22 Marca 2012, 11:37   

jak ktoś przeczyta to niech powie czy jest jakaś akcja, bo ja od połowy drugiego posta do prawie samego końca widzę prawie same dialogi
_________________
The difference between "space-based clean power station" and "unimaginably powerful orbiting death ray" is mostly semantics and hope. - ponoć Asimov
 
 
Chal-Chenet 
cHAL 9000


Posty: 27797
Skąd: P-S
Wysłany: 22 Marca 2012, 17:48   

Rafał napisał/a
Wy się nie znacie. To jest pierwsza część wstępu do prologu uwertury.

Brzmi jak Manowar.
_________________
Nobody expects the SPANISH INQUISITION!!!

http://zlapany.blogspot.com/
 
 
shenra 
Wielki Kosmiczny Chomik Naczelna Biskupa


Posty: 24980
Skąd: z Nikąd
Wysłany: 22 Marca 2012, 19:45   

Chal-Chenet napisał/a
Brzmi jak Manowar.
Profanacja.
_________________
Chomikowo obłędnie, lekko neurotycznie w granicach perwersji. "Niuplać dzyndzla" :D specially for smert :D
Przesiądź się!
Przegubowy kotecek!
chomik w świecie
 
 
 
gorbash 
Ufol


Posty: 4627
Skąd: Kraków
Wysłany: 22 Marca 2012, 19:54   

shenra napisał/a
Profanacja.

Tylko w którą stronę?
_________________
You say coke I say caine.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Partner forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group