To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ


Planeta małp - Co nas wk***wia, znaczy się, irytuje

Godzilla - 13 Października 2011, 15:28

W mojej firmie na pewnym wyjeździe integracyjnym pierwszą nagrodę za strzelanie z karabinu ostrą amunicją zdobyła cicha, spokojna dziewuszka w ósmym miesiącu ciąży. A prowadzący (eks-komandosi) przeciągnęli towarzystwo po lesie i pamiętam że jakiś przejazd na linie był, tylko już nie wiem, czy ją na tę linę wsadzili, czy jej nie dali.

W następnym roku już się wycwanili i zrobili osobną nagrodę w kategorii kobiet a osobną w kategorii mężczyzn, ciekawe dlaczego ;P:

merula - 13 Października 2011, 19:06

Excell mnie przerasta intelektualnie :evil:
Ziemniak - 13 Października 2011, 19:08

Ojtam ojtam, nie przesadzaj, przecież to głupi program jest ;P:
merula - 13 Października 2011, 19:15

to może dlatego :mrgreen: ;P:
Godzilla - 13 Października 2011, 20:08

Kasiek, a może Ty łapiesz doła, bo nie tyle czujesz się mniej kobieco, co mniej bojowo? :mrgreen: Może by jakaś strzelnica pomogła?
Kasiek - 13 Października 2011, 20:24

Exel jest głupi i mnie też przerasta, ale to dlatego, że ja logicznie ni myślę.

Nie wiem, jak się czuję, najgorzej, ze każdy mi powtarza, że powinnam się cieszyć i śmiać, wtedy chce mi się płakać dwa razy bardziej...
i Marcin mnie wkurza.

hijo - 13 Października 2011, 20:48

Kasiek napisał/a
...i Marcin mnie wkurza.
E tam normalka. Przechodziłem to nieco ponad, a może prawie 2 lata temu - tzn bylem po tej drugiej stronie barykady - tzn co bym nie robił to wkurzałem, a przed ślubem i weselem to już w ogóle nastroje były bojowe. Ty masz 2 atrakcje na raz więc wcale Ci się nie dziwię. I dla tego po wkurzam Cię bardziej: Głowa do góry i uśmiech od ucha do ucha. :mrgreen:
Godzilla - 14 Października 2011, 08:05

Kasiek, kiedy ja Ci nie mówię, że powinnaś się cieszyć. Masz prawo czuć to co czujesz, a ci mądrale mogliby Cię po prostu przytulić i powiedzieć, że jesteś dzielna. Ludziom się głupio wydaje, że można kogoś postawić na nogi mówiąc "weź się w garść" albo "powinieneś się cieszyć". Takie chciejstwo.
cranberry - 14 Października 2011, 08:22

Godzilla, dooobre z tym mniej bojowo :D
Kasiek, cieszyć i śmiać w pierwszym trymestrze?? :shock: Ale potem będzie już tylko coraz lepiej.
A że chłopy wkurzające som to nie odkrycie! Ale idzie się przyzwyczaić :mrgreen:

Edit: A tak w ogóle to, Chal, masz jeszcze wyrostek, czy już niekoniecznie?...

charande - 14 Października 2011, 08:25

Godzilla, :bravo

Kasiek, taka może oczywista rada - Ty dużo odpoczywaj, wysypiaj się. Porozpieszczaj się trochę, tak jak Ci sugerowała cranberry :) Ślę dużo głasków.

Kasiek - 14 Października 2011, 08:31

Dzięki raz jeszcze :) )

Właśnie, Chal, odezwij się

Fidel-F2 - 14 Października 2011, 09:08

Godzilla napisał/a
Ludziom się głupio wydaje, że można kogoś postawić na nogi mówiąc weź się w garść
jeśli mówisz to do faceta i po 'weź się' dołożysz k..., to jest duża szansa, że zadziała
charande - 14 Października 2011, 09:22

Fidel-F2, niestety w niektórych przypadkach delikwent bierze się w garść już od tak dawna i tak starannie się maskuje, bo przecież należy być dzielnym, że na etapie, kiedy problem w ogóle zaczyna być widoczny na zewnątrz, w środku są już muchy i robale.
Fidel-F2 - 14 Października 2011, 09:51

charande, czy to zaprzecza temu co powiedziałem post wyżej?
charande - 14 Października 2011, 10:36

Przyznam, że ze swojego otoczenia nie kojarzę sytuacji, kiedy hasło "weź się w garść" by komuś pomogło (no może wyjąwszy mażące się dzieciaki :) ), znam natomiast takie, gdzie dłuższe granie twardziela kończyło się źle.
Martva - 14 Października 2011, 10:46

'Weź się w garść' powoduje że ze smutnej robię się wściekła, przynajmniej na chwilę.

A na razie auuu, zbierałam opadnięte jabłka, wsadziłam rękę w kępę zielska, a tam rosły małe, zjadliwe pokrzywki, zaraz mnie szlag trafi :evil:

Fidel-F2 - 14 Października 2011, 10:59

charande, nie odpowiedziałaś na pytanie

Martva napisał/a
'Weź się w garść' powoduje że ze smutnej robię się wściekła
a czemu?

Martva napisał/a
a tam rosły małe, zjadliwe pokrzywki, zaraz mnie szlag trafi
:mrgreen:
nimfa bagienna - 14 Października 2011, 11:29

charande napisał/a
Fidel-F2, niestety w niektórych przypadkach delikwent bierze się w garść już od tak dawna i tak starannie się maskuje, bo przecież należy być dzielnym, że na etapie, kiedy problem w ogóle zaczyna być widoczny na zewnątrz, w środku są już muchy i robale.

A czasem jest i tak, że nie ma zamiaru brać się w garść, tylko delektuje się swoim żalem i bólem, i pławi się w morzu współczucia bliźnich, napawa się ich poklepywaniem po pleckach. Są tacy, którzy znajdują w tym perwersyjną przyjemność. Taki jestem biedny, taki nieszczęśliwy, o jaaaaa, głaszczcie mnie, bo jestem taki bieeeeedny.
To zależy od człowieka, jak sądzę.

charande - 14 Października 2011, 19:22

Fidel-F2, co do kwestii, czy "weź się k...a w garść" ma dużą szansę sprawić, że ktoś się pozbiera - no nie, to zależy od kalibru sytuacji i od osoby. Są sytuacje, kiedy mówiąc tak, swoim lekceważeniem problemu dowalisz i zaszkodzisz zainteresowanemu jeszcze bardziej. "Weź się w garść" można powiedzieć, jak się ktoś na górskim szlaku rozkleja i marudzi, że nie da rady zejść, bo zmęczony i go nogi bolą, ale nie np. komuś, kto przed ważnym egzaminem rzyga z nerwów, albo komuś, kto ma klaustrofobię czy inną nerwicę lękową. To tak z marszu. Znajmy proporcję.

Nimfo, w sytuacji opisanej przez Ciebie może być tak, że człowiek autentycznie ma problem, którego rozwiązanie go przerasta, więc współczucie bliźnich traktuje jak "protezę" i w pewnym sensie uzależnia się od niej. I to JEST niezdrowe, ale nie zmienia faktu, że pod tym jęczeniem jest problem wymagający rozwiązania. BTW1 "głaszczcie mnie, bo jestem taki bieeedny" to chyba jednak nie jest częste zachowanie wśród facetów, raczej dominuje "trzymać fason, choćby w środku już były muchy i robale". BTW2 panowie raczej też preferują rady praktyczne od niekonstruktywnego głaskania.

fealoce - 15 Października 2011, 10:10

Jestem chora :( A miałam już takie fajne plany na weekend...
Godzilla - 15 Października 2011, 10:17

Spędziłam kiedyś kilka lat pod jednym dachem z osobą, której życie było jednym pasmem nieszczęść, udręk i mordęgi. Nic jej się nie udało, miała kompleksy na tle wszystkiego, łącznie z własnym wyglądem i stanem majątkowym. Wszystko miała liche i marne. U niej nie było mieszkania, sukienki, zupy, tylko chałupina, sukienczyna, zupina. Przez ten czas bardzo dokładnie poznałam jej życie oraz bliższą i dalszą rodzinę, żyjącą i nieżyjącą. Rozumiem, skąd to się u niej wzięło, bo powodów było dosyć. Efekt w każdym razie był taki, że ile z nią nie rozmawiać, tłumaczyć, pocieszać, wysłuchiwać i stawiać na nogi, wszystko to wpadało jak w studnię bez dna, i po jakimś czasie i tak się okazywało, że jestem zarozumiała, leniwa, nie do polubienia, a poza tym jak mnie matka wychowała.

Są takie przypadki, że nawet na solidną psychoterapię jest za późno, człowiek już sobie nie da pomóc, a rodzina i przyjaciele dla własnego dobra powinni się od niego trzymać z daleka, bo wyssie siły i chęć do życia.

nimfa bagienna - 15 Października 2011, 12:02

A ja znam osobę - nie pierwszej już młodości - która niczego w życiu nie osiągnęła i nigdy nie robiła żądnych wysiłków, by dojść do czegokolwiek. Ma kochających rodziców, którzy zawsze spieszą jej z pomocą i rodzeństwo, które wykazuje maksimum zrozumienia.
I ta osoba narzeka. Bez przerwy. Że zmarnowała swoje życie, że nie ma dla niej przyszłości, że co dzień atakuje ją pustka, że jest nikim. I jednocześnie palcem nie kiwnie, żeby cokolwiek w tym życiu zmienić, zdziałać. Od czegokolwiek rozmowa by się zaczęła, kończy się na niej i jej problemach. Które rzecz jasna są palące, straszne i depresjogenne.
Najpierw wykazywałam zrozumienie i chęć pomocy. Potem mnie irytowała. Jeszcze potem śmieszyła.
Teraz po prostu jej nie widzę. Nie dostrzegam sensu przejmowania się cudzymi problemami, jeśli ten ktoś sam nie robi absolutnie niczego, by je rozwikłać.

charande - 15 Października 2011, 14:49

"Wampiry emocjonalne" z obu opisanych wyżej przypadków mają, zdaje się, poczucie własnej wartości w okolicach Rowu Mariańskiego... Faktycznie nawet najżyczliwszy przyjaciel tu nie pomoże, na dłuższą metę taka pomoc będzie jak zatynkowywanie mokrej ściany. Ciekawa jestem, jaką strategię przyjmuje w tych przypadkach profesjonalista, bo to są sytuacje kwalifikujące się do leczenia. Niestety coś mi mówi, że psychoterapia nie pomaga, kiedy delikwent idzie na nią nie dlatego, że sam sobie chce pomóc, tylko dlatego, że otoczenie uważa, że powinien. Jak w dowcipie - "żarówka musi sama chcieć się zmienić".

Ci pomocni rodzice i rodzeństwo może zaszkodzili nadmiernym pomaganiem - jak ktoś nie miał okazji się przekonać, że umie coś dobrze zrobić własnymi rękami (bo inni zawsze mówili "ty nie umiesz, daj, ja to zrobię za ciebie lepiej"), to trudno, żeby wierzył w siebie - jeśli nie ma na czym tej samooceny oprzeć.

Natomiast dyskusja trochę zdryfowała w bok od tego, co ją zapoczątkowało, to znaczy od mówienia "weź się w garść". Ja tu jeszcze wspomnę o jednym. Czasem ktoś, kto _chwilowo_ widzi wszystko w czarnych barwach, niekoniecznie potrzebuje dodatkowo sygnału: "e tam, przesadzasz, jesteś beksa" :roll: :evil: Można być na co dzień całkiem pozbieraną osobą, a przejściowo się nakręcać na potworne, nieracjonalne czarnowidzenie. Pouczanie/karcące mobilizowanie kogoś, kto chwilowo jest w takiej czarnej fazie, jest imho równie sensowne, co intensywna aktywność fizyczna w trakcie grypy.

nimfa bagienna - 15 Października 2011, 15:31

charande napisał/a
Natomiast dyskusja trochę zdryfowała w bok od tego, co ją zapoczątkowało, to znaczy od mówienia weź się w garść. Ja tu jeszcze wspomnę o jednym. Czasem ktoś, kto _chwilowo_ widzi wszystko w czarnych barwach, niekoniecznie potrzebuje dodatkowo sygnału: e tam, przesadzasz, jesteś beksa :roll: :evil: Można być na co dzień całkiem pozbieraną osobą, a przejściowo się nakręcać na potworne, nieracjonalne czarnowidzenie. Pouczanie/karcące mobilizowanie kogoś, kto chwilowo jest w takiej czarnej fazie, jest imho równie sensowne, co intensywna aktywność fizyczna w trakcie grypy.

Aś tam, od razu zdryfowała. Ja po prostu zawsze staram się spojrzeć na każde zjawisko z więcej niż jednej strony. Jeśli o mnie chodzi, nie każda osoba, która twierdzi, że widzi życie w czarnych barwach, potrzebuje od innych pomocy. Myślę, że sporo tych ludzi jest w stanie pomóc sobie sami, lecz nie robi tego, bo wymaga to wysiłku.

Myślę, że każdy z nas potrzebuje uwagi i uznania innych. Aby przyciągnąć tę uwagę, potrzeba mieć coś szczególnego, wyjątkowego. Czyli: dokonania życiowe, podejście do świata, poczucie humoru, pieniądze, to "coś", co sprawia, że budzi się sympatię, wreszcie urodę. O urodę z tego wszystkiego jest najłatwiej, wystarczy trochę o siebie zadbać. Zwróć uwagę, że kiedy spotyka się dwoje znajomych i jedno z nich mówi "wiesz, mam taką koleżankę/takiego kolegę..." to jedno z pierwszych pytań, jakie pada to "czy ładna/przystojny?" Nie - czy inteligentny, zaradny, sympatyczny. Pierwsze, co interesuje, to wygląd. Żyjemy w kulturze, w której ładny=wartościowy.

Wracając do meritum: są jednostki - na szczęście są to naprawdę jednostki - które nie dorosły, nie dojrzały, i nie mają takiego zamiaru. Nie wiem, na ile jest to zabieg wyrachowanie świadomy, a na ile związany ze zwykłym wygodnictwem. One nie widzą sensu brania się w garść. To mało wydajne i trudne. Łatwiej i wygodniej jest szlochać, narzekać, użalać się i w ten właśnie sposób zdobywać uwagę. Taktyka bezbronnej kici z taaaaakimi wielkimi problemami jest genialna - wszak słabych kociąt się nie bije, nie namawia do polowania, można tylko podstawić im miseczkę z mleczkiem, pogłaskać i powiedzieć "będzie dobrze".

I w życiu nie zgodzę się, że tacy ludzie mają mniemanie o sobie na poziomie Rowu Mariańskiego. Raczej Himalajów albo i stratosfery. Bo domagają się względów nie za dokonania, rzeczy wypracowane. Tylko to, że istnieją, czyni ich w ich oczach wyjątkowymi. Mamy epokę celebrytów - także celebrytów negatywnych.
I to często wystarcza. Nie podejmuję się rozszyfrowania mechanizmu, jak to działa. Ale lansowanie się dzięki własnym ułomnościom nie jest niczym nowym. Żebracy pokazujący kikuty pod kościołem wiedzą o tym od setek lat. W takim kontekście branie się w garść i jakakolwiek praca nad sobą mogą być wręcz szkodliwe.

Mam taką artystkę za ścianą, po sąsiedzku. To prawdziwa profesjonalistka. Nawet ja, która jestem na podobne rzeczy bardzo wyczulona, nabrałam się jak ostatnia ślepota.

ilcattivo13 - 15 Października 2011, 19:45

charande napisał/a
...na dłuższą metę taka pomoc będzie jak zatynkowywanie mokrej ściany...


Boże! Dziewczyna, która wie, że mokrej ściany nie wolno tynkować! Mam nadzieję, że jesteś "wolna" :wink:

charande - 16 Października 2011, 10:01

Mężatka 8)

Nimfo, więc właśnie - ja się odnosiłam do sytuacji częściej spotykanych, a Ty piszesz o czymś, co występuje (na szczęście) rzadko. Wierzę, że takie jednostki istnieją, akurat z opisywanym typem skrajnie biernego "wysysacza" osobiście się nie zetknęłam. Znam/znałam parę osób z problemami, czasem poważnymi, ale żadna nie jest/była takim jednoznacznym wampirem nastawionym na wykorzystywanie otoczenia, a ich samoocena zdecydowanie nie jest wysoka.

Ten opis:
Cytat
I w życiu nie zgodzę się, że tacy ludzie mają mniemanie o sobie na poziomie Rowu Mariańskiego. Raczej Himalajów albo i stratosfery. Bo domagają się względów nie za dokonania, rzeczy wypracowane. Tylko to, że istnieją, czyni ich w ich oczach wyjątkowymi.

kojarzy mi się z jakąś formą narcyzmu, ale to by znaczyło, że cała "depresja" takiej osoby jest do pewnego stopnia grą, wystawianiem doczepionego kikuta po to, żeby wyciągnąć od otoczenia współczucie i pomoc. Jeśli jest na sali psycholog, niech mnie poprawi, jeśli się mylę - prawdziwa (nieudawana) depresja i wysoka samoocena raczej się wykluczają.

I jeszcze podkreśliłabym jedną kwestię - nie każdy człowiek z paraliżującą depresją jest symulantem nastawionym na "wysysanie wsparcia".

Godzilla - 16 Października 2011, 10:26

Nie, ja nie pisałam o symulantce. Natomiast jest to osoba, której nie jestem w stanie pomóc, sprawy dawno zaszły zbyt daleko. Całe życie była kłębkiem nerwów. Ona gdzieś w środku bez przerwy stawia się do pionu. Jest cała harmonia wymagań, które całe życie usilnie starała się wypełniać a nigdy nie była dość doskonała. Teraz ma zdrowie zszarpane i już nie da rady. Za to w jej oczach zdecydowanie nie są OK inni, którzy nie czują się zobowiązani równać do tych z sufitu wziętych wymagań. A poza tym na pewno wszyscy obcy patrzą na nią przez pryzmat tych wymagań i widzą kupkę nieszczęścia, która do niczego się nie nadaje. Słowem, wszyscy są zarozumiali, niemili i w skrytości ducha pogardzają nią dogłębnie. Zero otwartości i naturalności. Nikt albowiem nie potrafi w niej zobaczyć normalnego człowieka, nauczycielki, której sporo dzieciaków wiele zawdzięcza, matki, która wychowała synów na ludzi.
charande - 16 Października 2011, 17:56

Godzilla, :( Smutna historia. Jeśli ktoś jest tak kostycznie przywiązany (a raczej uwiązany) do swoich poglądów i tak spętany kompleksami, to nawet najtroskliwszemu przyjacielowi trudno się przez to przebić. Podejrzewam, że fachowiec mimo wszystko mógłby pomóc, ale nie wbrew woli samej zainteresowanej.

Wpływ domu rodzinnego, chore wymagania rodziców - dobrze typuję?

Godzilla - 16 Października 2011, 19:31

Mniej więcej. A potem zamordyczna szkoła i chorobliwa sytuacja z teściową. Teraz kontakt mam ograniczony. Wiem, to nie OK, ale wymiękłam w pewnym konkretnym momencie.
ilcattivo13 - 16 Października 2011, 20:22

charande napisał/a
Mężatka 8)


siut :(



Partner forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group