To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ


Blogowanie na ekranie - Rooshoffy blogasek Martvuni

merula - 3 Maj 2012, 21:34

Martva prosiła, żeby trzymać kciuki za jutrzejsze zmartvychwstanie sieci. myślę, że jak tych kciuków będzie więcej, to nie zaszkodzi :wink:
Agi - 3 Maj 2012, 21:42

Będę trzymać. Mam wolne.
fealoce - 3 Maj 2012, 22:29

To też potrzymam
Martva - 4 Maj 2012, 16:39

dziędobry,
piszę z laptopa mojego ulubionego wujka, co chodził do szkoły z dalambertem. Od śmigusa jest zimno i pada, po dwóch słonecznych dwudziestostopniowych dniach będzie zimno (ale nie aż tak) i burzowo, dla odmiany. Nie napisze nic więcej bo wszystko Wielki Kosmiczny Chomik, chwała Mu, znaczy Jej, wkleja w odcinkach, a Wy nie czytacie, więc po co :P

A książkę przy jednej świeczce czyta sie z trudem, zwłaszcza jak sie jest martvym krótkowidzem, i obawą, zwłaszcza jak to cudza książka.

ilcattivo13 - 4 Maj 2012, 18:06

Martva napisał/a
...a Wy nie czytacie

p
f
f
f
f
f
f

dalambert - 4 Maj 2012, 18:24

ilcattivo13, WŁAŚNIE !!!
p YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY fff i NO WIESZ ;P:


A jak tam się Adaś miewa :?:

shenra - 4 Maj 2012, 20:12

Nawróciłam do mojego laptopka, więc:

ODCINEK TRZYNASTY

Cytat
24.03 Wczoraj poszłam spać przed 22:00, ostatni dzwon na chwilę wyrwał mnie z zasypiania. Dla równowagi obudziłam się koło piątej. Umyłam głowę, zeszłam na śniadanie jak zwykle kwadrans przed 9:00 (dziś ciut za wcześnie).
Po śniadaniu pozmywałam, wujek i ciocia osobno pojechali na polowanie, a ja czekałam na ciocię K. Już się bałam że nie przyjedzie. Ale zjawiła się. Pojechałyśmy do Leclerca w Losz, odebrała mięcho i tarty, wróciłyśmy do zamku, zaglądając po drodze do jej domu po wazon na tulipany, poznałam jej syna, który strasznie mi się z kimś kojarzy ale nie wiem z kim; pomogłam jej jeszcze przekładać sosy, mieszać sałatkę, łamać kabanosa (fuj), nosić tace z jajkami w galarecie z drugiej części zamku i w ogóle byłam pożyteczna jak kur.wa mać. Jesteśmy umówione na chwilę po piątej, czyli za 1,5 godziny jakby na to nie patrzeć. Chciała mnie jeszcze podrzucić do domu, ale na rany Bogini, mam trzy minuty spacerem i się nie zgodziłam. Wcisnęła mi 20 euro, które przyjęłam z pewnymi oporami. Wróciłam do domu i poczułam że jestem dziko zmęczona. Wypiłam szklankę wody i poszłam na górę robić biżu. Bo nie napisałam, ale dzieją mi się straszne rzeczy ze skórą. Więc obmyśliłam sprytny plan, akurat mam organzę w kolorze niemal idealnie dopasowanym, przyczepię sobie do dekoltu kilka broszek i będę liczyć na to że mi zasłonią strategiczne miejsca. A w sumie mogą wyglądać fabrycznie, takie kwiaty przy dekolcie gdzieś widziałam. Do kompletu zrobiłam sobie megaszybkie kolczyki, składające się z 3 organzowych kwadracików złożonych na skos, zszytych ze sobą i włożonych w metalowe końcówki. Bardzo fajnie wyglądają, nie spodziewałam się aż tak fajnego efektu.
Ide odpocząć jeszcze chwilę, a potem muszę pokroić selera i marchewkę może i zanieść je do zamku. A, w ogóle jadłam ser. Biały. Ser biały w innej postaci niż sernik wywołuje we mnie odruch wymiotny, ale jako dip do warzyw jest całkiem całkiem. Co zadziwiające, dip jest wykonany z miękkiego sera typu homo oraz zupy cebulowej w proszku.
Wieczorem: straszna beznadzieja. Zaniosłam warzywa do zamku, ułożyłam na półmiskach białe mięso, hamując torsje. Czerwone mięso, naprawdę czerwone, krwiste i kapiące na czerwono, miało być wyłożone tuż przed, a wiedziałam że jeszcze trochę czasu, to zapytałam czy mogę się pójść przebrać. Powiedzieli że mogę, to poszłam, nałożyłam maseczkę z płatków owsianych, włożyłam soczewki, uczesałam się w warkocz a'la Tymoszenko, wzięłam błyskawiczny prysznic garnkiem, spłukałam maseczkę, ubrałam się, przyczepiłam broszki (asymetrycznie, największą na środku, a potem coraz mniejsze, tylko po jednej stronie). Wróciłam na zamek, gdzie byli już pierwsi ludzie, szukałam cioci K i okazało się że grają na fortepianie na górze. Pobiegłam tam zapytać co mogę zrobić, dowiedziałam się że nic i wooooow, jak ja świetnie wyglądam (mam dziwne wrażenie że powinnam zmienić okulary, te dają mi +5 do wieku, a odejmują masę z atrakcyjności). Potem zeszłyśmy (była jeszcze ciocia A i ciocia eee, I? Ta pozytywnie zakręcona) na dół i się zaczęło. Póki mogłam, warowałam przy cioci, ale po jakimś czasie sobie poszła. Potem zjawiła się na chwilę i zapytała czy mogłabym pobiec do R i zapytać dlaczego ich nie ma, otworzyła mi blada chyba K (tak sądzę, bo wszyscy wokół mówią że K wygląda mizernie, a dziewczyna naprawdę wyglądała mizernie) i podziękowała za troskę, mówiąc że ona się źle czuje ale 'oni' już poszli. Nawet nie wiedziałam kim byli oni. Wróciłam na zamek i siedziałam sobie w kącie. Lubię siedzieć w kącie, to dobre punkty obserwacyjnie, ale było dziwnie. Rodzina miała mnie generalnie w nosie, ewentualnie przechodząc mówili żebym coś zjadła, tylko Francuzi płci obojga się przejmowali że siedzę sama, ale potem była bariera językowa. Przyznaję że było mi dość przykro, obce miejsce, znam kilka osób na krzyż, żadnej z tych osób nawet nie przyjdzie do głowy żeby mnie komuś przedstawić, zaprosić do swojego stolika gdzieś dalej, cokolwiek. No to siedziałam w kącie, jedząc różne rzeczy (sałata z roszponki, koziego sera i gotowanych buraków jest bardzo dobra), na zmianę niemal zasypiając albo powstrzymując łzy rozczulenia nad sobą, aż ciocia przyszła i powiedziała że idzie spać i co ze mną, i czy nie chcę się przysiąść do polskiego stolika dwie sale dalej (teraz, kur.wa! Cztery godziny od rozpoczęcia imprezy!). Przy polskim stoliku jakiś gość wymachiwał papierosem, aż mnie soczewki zapiekły na sam widok. Więc jednak poszłam z ciocią, zrobiłam sobie herbatę żeby się odsłodzić (co nie jest dobrym pomysłem, teraz będę sikać pół nocy, a jest zmiana czasu), doszłam przy okazji do wniosku że Lipton cytrynowy jest niestety ohydny sam z siebie, a nie dlatego że ostatnio go gotowałam w prawie wrzątku jak nie było prądu. To niedobrze.
Zdecydowanie pozytywnym aspektem tego cholernego polowaniowego jubla są moje nowe fioletowe organzowe kolczyki, które lubię bardzo. A teraz idę spać, strasznie późno, po 23:00. dzwony zadzwonią bardzo niedługo.

Kasiek - 5 Maj 2012, 10:40

ilcattivo13 napisał/a

Martva napisał/a:
...a Wy nie czytacie

p
f
f
f
f
f
f


A idź Ty i wracaj szybko :P

shenra - 6 Maj 2012, 14:49

ODCINEK CZTERNASTY

Cytat
25.03. Zmiana czasu ssie. Dzwony się odezwały jak było jeszcze totalnie ciemno, obudziły ptaki które się potem darły jak opętane i skakały mi po dachu. Nie wiem jak one to robią, ale szurają tak że się błyskawicznie wybudzam z drzemki, pewna że ktoś wchodzi po schodach albo skrobie do drzwi. Wypełzłam z łóżka o nowej ósmej czterdzieści, ochlapałam się wodą, uczesałam, ubrałam, zeszłam na dół o nowej dziewiątej dwadzieścia pięć. Wujek pochrapywał, widziałam plecy cioci w garderobie, dyskretnie się wycofałam na górę, dam im jeszcze kwadrans. Może się zdążę zrobić głodna, chociaż nie liczę na to specjalnie.
A za półtorej godziny do kościółka. Ciekawe czy będzie aż tak zimno jak w zeszłym tygodniu?
Wow, to jest 17 strona naskrobana w tym pliku. Ciekawe czy kiedyś będzie chciało mi się to przeczytać. To jeszcze rytualnie policzę ile dni tu siedzę i spróbuję jeszcze raz zleźć na dół. O, sto jeden? To jutro chyba będzie studniówka. Ale coś straaasznie wolno to idzie, wydawało mi się że masę czasu temu pisałam do Rudej że sto trzy dni. I to było dopiero przedwczoraj? :( Aż chyba policzę jeszcze raz. Ale buuu, nie chce być inaczej :(
Po południu: kościół był lodowaty. Naliczyłam 100 osób przychodzących po komunię, licząc dzieci do błogosławieństwa. Jak na taki mały kościół to zaskakujący wynik, chyba byłam jedną z nielicznych osób która nie podeszła. Później skoczyłyśmy do zamku żeby zapytać czy coś trzeba pomóc, ale okazało się że raczej jutro albo dziś po południu. Zjedliśmy lunch: sałatę z awokado i winegretem (byłaby niezła, gdyby nie to że po wymieszaniu została skropiona maggi, fuuuuuj) i podgrzałam trochę zupy z kartonu (zupa jest dla mnie zbyt creme a za mało pomidorowa, a ciocia spytała czy bym jeszcze śmietany nie dorzuciła, fuuuuuuuj. Dorzuciłam i nie jadłam), zeżarłam trochę selerowej naci z jogurtem i pieprzem – seler naciowy jest straszliwie słony, i sera. A potem zaczaiłam się z aparatem na jaszczurki przy 'ogródku', w niecałe pół godziny natrzaskałam tyle zdjęć że aż mogłam bez żalu wywalić 3/4. Chyba będę musiała na nie założyć osobny album na Picasie. To bardzo miłe zwierzątka, tylko na zbliżeniach widać że to jednak gady i mają wspólne cechy z wężami i to budzi moje wewnętrzne fuj.
Wieczorem: nie jest dobrze. Pojechałyśmy z ciocią na cmentarz sprawdzić co jest do zrobienia. Wróciłam, plotłam sobie krywulkę przy audiobooku Dardy (równie kiepskim jak poprzedni). Obejrzałam kawałek wiadomości na Polonii, usmażyłam na kolację cykorię na maśle i pieczarki na oleju. Sprawdziłam rozkład TGV i okazało się że żywcem nie ma nic z SPdC na lotnisko przed 16:00. Co jest trochę słabe zważywszy że muszę tam być o 11:00. To jedna niedobra rzecz. Druga niedobra rzecz jest taka, że nagle spieprzył mi się głos również w Windows Media Playerze oraz Best Playerze, nie tylko w Winampie. Nie ma nawet dźwięków systemowych. No i teraz jestem w czarnej *beep* z jednym i drugim. S.Ł.A.B.O. Trzy miesiące bez możliwości przesłuchania audiobooka i niemożliwość dojazdu na samolot, sama nie wiem co gorsze :/ A ciocia pyta czy nie mam kogoś bliskiego w Paryżu, żeby u niego przenocować jedną noc a najlepiej kilka, żeby zwiedzić miasto. Ja. Skąd ja mam mieć kogoś bliskiego, kur.wa, w Paryżu?!

Agi - 6 Maj 2012, 15:25

shenra, przyspiesz trochę. :)
fealoce - 6 Maj 2012, 15:26

Martva napisał/a
Zdecydowanie pozytywnym aspektem tego cholernego polowaniowego jubla są moje nowe fioletowe organzowe kolczyki, które lubię bardzo.


pokaż! :mrgreen:

edit: Agi dobrze mówi :)

shenra - 6 Maj 2012, 15:30

Proszę, staram się dawać kawałki jak jestem przy kompie, ostatnio słabo mi się to zdarza. :) Tak, btw, po mału kończymy część pierwszą, także mnie tak nie pospieszajcie.

ODCINEK PIĘTNASTY

Cytat
26.03. Uff, delikatnie potrząsnęłam lapkiem, przed włączeniem, modląc się żeby mu jeszcze nie zaszkodzić. Najpiękniejszym odgłosem na francuskiej prowincji nie jest śpiew ptasząt, szmer strumyka ani inny szum wiatru w gałęziach. Najpiękniejszym odgłosem na francuskiej prowincji jest odgłos włączającego się Windowsa. Czyli Winamp dalej z jakichś powodów milczy, ale WMP już działa, czyli norma z dnia przyjazdu.
Znów obudziłam się o chorej porze. Śniło mi się że pojechałyśmy z Shenrą (która wyglądała trochę jak Rołzi), do Tajlandii, zaczepić się i poszukać pracy. Spotkałyśmy jakiegos miłego gościa z brodą, który miał sklep z przyprawami (głównie w doniczkach) który obiecał że chętnie nas zatrudni i nam tłumaczył co jest co i jak to wymawiać. A potem byłyśmy gdzie indziej, w czyimś ogrodzie, masa rajskich ptaków wyglądających jak złote bażanty i innych zwykłych tam ptaków o jakimś absurdalnie kolorowym upierzeniu. Już po siódmej udało mi się wyśnic jeszcze jeden sen, jak z jakimś gościem przedzierałam się po chyboczących się, skleconych byle jak pomostach, po to żeby, jak się okazało, kupić u jakiejś babki coś w rodzaju biletu na TGV, zafoliowany kartonik z numerem i wystającym czymś co wyglądało jak nasz bilet mpk.
Moje pryszcze na dekolcie mają się świetnie, strasznie jestem ciekawa skąd się to wzięło, ale w ogóle moja skóra i włosy chyba nie lubią tego miejsca. A wodę się pije z kranu, więc wnioskuję że to jest OK. Nie wiem gdzie może leżeć przyczyna.
Już po dziewiątej, więc spróbuję uderzyć na dół, może już wstali.
Później:odkurzyłam dół, oni pojechali po podpis cioci C na jakichś papierach i do piekarni, bo wujek wziął coś na kredyt. Zaraz pójdę wyrywać chwasty. Uświadomiłam sobie że chyba zgubiłam kluczyk do kłódki od walizki, pięknie, kuźwa, pięknie. Przy śniadaniu ciocia tłumaczyła że ktoś nie jest specjalnie dobrze wychowany, bo przywiózł z pl jakichś młodych kuzynów czy siostrzeńców na polowanie i nie przedstawił ich w towarzystwie a powinien. ROTFL.
Podcięłam suche chabazie z hortensji, uprzątnęłam gnijące bulwiaste paskudztwo co chyba nie przetrwało zimy, i jeszcze trochę suchych róż. Ale byłam dzielna. Stresuję się trochę tym wszystkim, dziś rano mi się ciężko oddychało. I mam moje radosne zawroty głowy z widzeniem czerni, jak wstaję z pochylenia albo przykucu. Yeah.
Później: wuj J wyjechał, najpierw do Paryża przenocować u cioci V (której nie ma, ale od dostał klucz i wszystkie kody, omg, jak mu zazdroszczę), a jutro ma wylot do Polski (tego też mu zazdroszczę). Zszokowali mnie dziś, bo zawołali mnie na lunch (jajecznica). W sumie gdyby wcześniej zapytali czy zjem z nimi, to pewnie bym powiedziała że nie, bo naprawdę nie jestem głodna o 12:00 jak jadłam śniadanie po 9:00, ale jak zawołali że już jest, to było urocze. W ramach podlizywania się pokazałam cioci że tu uprzątnęłam gałązki, tu przycięłam, a tu wywaliłam zgniłe liście, bo bałam się że nie zauważy sama :P Bardzo się ucieszyła, zwłaszcza że pod tą masą zgniłych liści widzi coś co według niej może być żywą tkanką. Znaczy kiełkiem. Teraz pojechali autem, a mnie strasznie ciągnęło do słodkiego, ale zamiast wyżreć nutellę ze słoika, zrobiłam sobie kanapkę z serami i dżemami. BTW tutejsza marmolada pomarańczowa nie jest tak okropna jak ta którą mama czasem przywozi z UK. Dużo mniej gorzka jest, znaczy. Ale brzoskwiniowy mi jakoś bardziej pasuje :P Nie wiem czy jedzenie serów pleśniowych z dżemem nie jest strasznym przestępstwem. W sumie zjadłam mini-obiad i kanapkę na deser, ale znów jestem głodna, rozwala mnie ten chory system jedzenia o dziwnych godzinach, jak jadłam mniej więcej zgodnie z założeniami diety dr Pape to przy trzech posiłkach dziennie w ogóle nie miałam ochoty ani na podjadanie pomiędzy, ani na słodkie. Teraz mam :( Wrócę normalnie jako ludzik Michelina, jak tak dalej pójdzie.
Późnym popołudniem: wróciłam ze spaceru. Wygląda na to że cioci się schrzanił telefon (wyjeżdżając do pl zapytała czy może opłacić rachunki z góry, usłyszała że to niemożliwe, po czterech miesiącach pobytu okazało się że jej telefon milczy, bo go wyłączyli za niepłacenie rachunków. Dostała nowy numer który działał OK, ale teraz jak się odbiera połączenia przychodzące, to słychać ciszę i automatyczne piski). Przed wyjściem spotkałam na parapecie dwie jaszczurki, potem jedna poszła, znalazłam trochę much i jej wysypałam. Twardzielka, została na parapecie w trakcie wysypywania. Zjadła połowę i poszła, teraz jak wróciłam znów były dwie. Ale aparat coś nie mógł na nie złapać ostrości, chyba za jasno było. Mogłabym coś napisać o tych jaszczurkach, ale nie wiem co. Myślałam też że mogłabym napisać o porostach, ale w sumie to by było strasznie wtórne wobec Lovecrafta no i przede wszystkim tego kolesia od Ambergis, on miał jakieś schizowe jazdy z grzybami.
Potrzebuję cioci Z, ewentualnie K, żeby pojęczeć o net. Z chyba bliżej mieszka i do niej na pewno trafię, u K raz byłam, ale samochodem, i miałabym problem.
Przejrzałam jaszczurkowe zdjęcia i wcześniej były brązowo/szare, a teraz zielonkawe. Znaczy, dwie różne parki. I jak oglądam foty na monitorze, to one się na mnie wyraźnie gapią. Aż ciarki przechodzą.
Późnym wieczorem: zeszłam na dół i zastałam ciocię śpiącą przy wiadomościach puszczonych na cały regulator, aż mnie uszy bolały. Na kolację była sałata z ogórkiem, pieczarką i winegretem (zdecydowanie przegięłam z musztardą) i podgrzałam cioci zupę w kubeczku, mam nadzieję że była ciepła. Jutro jedziemy do Losz, załatwić coś w banku oraz wielkie zakupy (na pewno masło, kawa, pomarańcze; pewnie jeszcze jakieś warzywa, myślałam o cykorii i może gotowanych burakach, zobaczymy, może mnie coś natchnie).
A mówi że galeria Deccoria nie odbiera smsów i zachowuje się ogólnie dziwnie. Mam nadzieję że nie będzie robić problemów (galeria, nie A). Mówi również żebym się nie martviła na zapas o TGV, bo sprawdzała w necie tak nieszczegółowo i jeżdżą od szóstej rano, nie wiem co jest nie tak z tym rozkładem cioci. Spróbuję zatem się nie martvić. I pójdę spać. Muszę dołapać internet w tym tygodniu, myślałam że nawet jutro, ale jutro ma przyjść na kawę jakieś małżeństwo z sąsiedztwa, Anglik wykładający naukę o zębach oraz jego żona która 'była Polką, to znaczy jest Polką, ale już źle mówi' jak to ujęła ciocia.

May - 6 Maj 2012, 23:13

shenra, a dostalas 3 czesc? bo mnie obiecala i nic :(
shenra - 7 Maj 2012, 12:20

May, nie jeszcze nie dostałam. Mam część drugą.

ODCINEK SZESNASTY

Cytat
27.03 Budzenie się o piątej rano to jakaś pieprzona tradycja. Śniło mi się że jadę do kina z sąsiadem z ulicy, który kiedyś strasznie mi się podobał, a teraz wyraźnie między nami iskrzy, i jego matką. Matka jest trochę zła, zaciska usta w wąską kreskę i udaje że mnie nie widzi. Potem wpadam do nich, bo czytam na forum że jest kończący się forumowy zjazd. Mieszka tam dwóch znajomych Hubertów. Od razu po przyjściu kłade się do łóżka, nago, i przykrywam. Przychodzi matka kolegi, mówi że ogólnie nie sypia i musi brać prochy na sen. Kładzie się obok. Wygląda inaczej, jest młodsza niż wcześniej, bardzo blada, ma duże oczy i długie, czarne włosy, iście wampiryczna. Wyciągam rękę i dotykam jej ramienia, jest upiornie zimne, chyba też jest mało ubrana ale w ogóle mnie to nie dziwi. Pytam czemu się nie przykryje, a ona, że się nie zmieści. Idę do łazienki z mocnym postanowieniem że wpuszczę ja pod kołdrę, bo mi żal i nie chcę żeby biedaczka marzła. Zatrzymuje mnie po drodze, przytula, obejmuje i szepcze do ucha że co by było gdyby chłopcy to widzieli, wspomina coś o filmach na rzutniku. Uśmiecham się na myśl o ich maślanych oczach w takiej sytuacji. Oczywiście obudziłam się i poszłam do łazienki, a potem bezsennie przewracałam z boku na bok. Yeah.
Później. Byłyśmy w Losz; kiedy ciocia była w banku, ja poszłam do sklepu z ciuchami. Nie znalazłam nic ciekawego. Potem duży sklep, nabyłam z ciekawszych rzeczy dżem z renklod i trochę serów, i zapas cykorii. Zaniosłyśmy też film do wywołania, przy okazji był jakiś sklepik gdzie na wystawie było parę całkiem wporzo butów (takie na lato typu espadryle, na koturnie, ale bez żadnego kretyńskiego zwężania się ku dołowi, żeby mieć stabilność łyżwiarza. Może top zwężanie to polski wynalazek, a może wyszło z mody?). Kosztowały w okolicach 50 euro, co uznałam za całkiem rozsądną cenę, wspominając katalog leżący u cioci gdzie najtańsze modele średniej urody były wycenione na 99. Potem przeliczyłam na złotówki i stwierdziłam że ojapierdolę, dwie stówy za buty uważam za rozsądną cenę? Co to się porobiło.
Po powrocie zastałyśmy pod domem Z, która powiedziała że ciocia C jest w szpitalu, ma zakrzep w nodze i wodę w płucach. I straszną anemię. Ciocia A nie może wyjść ze zdumienia, bo byli u niej wczoraj z wujkiem i tryskała humorem i energią, jak zwykle. Ale przecież taki zakrzep strasznie boli i jak ona tak mogła. Wysnułam hipotezę że chciała być twarda i czekała aż przejdzie, i prawdopodobnie tak było. Dobrze że ją Z z mężem wysłali do lekarza, a lekarz kazał jechać do szpitala, bo tak przynajmniej wiadomo że coś się dzieje i jest pod kontrolą.
Zjadłyśmy lunch (ciocia risotto z paczki, ja bagietkę z serem, obie sałatę z winegretem i pieczarkami), zmyłam gary i przyszłam na górę. Nie bardzo wiem co robić, chyba się wystawię przez okno z jakimś biżutem i spróbuję posłuchać książki.
Wieczorem: zaczęłam jeden koliowy wzór z rurkami, ale poddałam się po zrobieniu dwóch z ok 20 elementów. To wyhaftowałam koralikowy wisior. Albo broszkę. Jeszcze nie wiem. Oplot jest krzywy w jednym miejscu i coś tam muszę doszyć w ramach urozmaicenia. Z ciocią C jest lepiej, zrobili jej transfuzję chyba 3 jednostek krwi, a poziom hemoglobiny miała w okolicach 5, jeśli dobrze rozumiem, nie wiedziałam że to jest w ogóle możliwe mieć tak niską hemoglobinę i funkcjonować. Ale ciocia C jest jak skała, więc funkcjonowała. Angielski zębolog przyszedł na kawę, która okazała się małą whisky. Siedziałam cichcem przy oknie i haftowałam sobie. Rozumiałam zaskakująco dużo z rozmowy prowadzonej po angielsku. Facet ma bardzo ładny akcent. Potem zjadłyśmy kolację (sałata, kupna sałatka z selera – zadziwiająco dobra, bałam się mdłego śmietanowego świństwa a tam był ocet i nawet jakieś przyprawy, więc całość miała wyraz), opowiedziałam cioci jak karmię jaszczurki, i że przychodzą parami, a jak nic im nie dam to patrzą z wyraźną pretensją – ciocia w rewanżu opowiedziała mi o nietoperzach. Otóż wujek bodajże E, fan zwierząt wszelakich, przyjechał kiedyś do domku naprzeciwko z panienką. Do domku wleciał nietoperz, panienka zaczęła krzyczeć, nietoperz ją ugryzł w policzek (to schizujące), panienka machnęła czymś w rodzaju rakiety tenisowej i trafiła, a wujek zamiast uspokajać panienkę położył nietoperza na łóżku i go cucił. Panienka się obraziła i wyjechała, a wujek został z nietoperzem. Przy całej mojej sympatii do nietoperzy nie dziwię się panience, ale jednak chciałabym poznać tego wujka, może być mało nadęty jak na tutejsze standardy.
Dobrz, a teraz dokonam pójścia spać, już – och! - 22:00. Ostatni dzwon bije. To trochę żenua iść spać o tej porze.


Z ostatnim zdaniem zgadzam się w 100 procentach :mrgreen:

Agi - 7 Maj 2012, 12:37

shenra, a jakie są wieści bieżące?
shenra - 7 Maj 2012, 12:51

Poza tymi, które Martva przekazała ostatnio nie ma nic nowego. Pisałam do niej parę dni temu i głównie narzekałyśmy na pogodę :P
Taselchof - 7 Maj 2012, 13:45

Pewnie świętuje zwycięstwo Hollanda :mrgreen:
Kasiek - 7 Maj 2012, 14:15

No właśnie, mogłaby napisać co jak owieczki zareagowały na zmianę władzy :mrgreen:
ilcattivo13 - 7 Maj 2012, 20:04

Martva napisał/a
...Mieszka tam dwóch znajomych Hubertów....

Hrabiego się "przekręci" i zostanę sam, hłe, hle, hłe :twisted:

Martva napisał/a
...dżem z renklod...
pisze się "ronkli" :mrgreen:
shenra - 7 Maj 2012, 21:11

ilcattivo13, "z renklod" zabrzmiało dumniej :mrgreen:

ODCINEK SIEDEMNASTY
Cytat
28.03. Policzyłam dni do wyjazdu. Czy to naprawdę jeszcze 99? One jakoś tak pełzną. Powinien być jakiś program który by mi graficznie pokazał: jesteś tu od X dni, do wyjazdu jeszcze Y. Dżisas, co to była za chora decyzja, żałuję, żałuję, żałuję.
Umyłam głowę w umywalce i pozytywne zaskoczenie. Głowa mi się mieści pod kranem. Jest wygodniej niż w wannie i nie muszę używać garnuszka. Póki nie zacznę mieć schizów o mrocznych istotach z kosmosu zamieszkujących rury, które mogą mnie złapać za kudły przez odpływ, nie jest źle. Ale wracając do mycia, mam strasznie szorstkie włosy, czuję to myjąc, nie wiem czy to kwestia wody czy szamponu/odżywki. Nigdy nie podejmować decyzji które mogą zepsuć uporządkowane, nudne, żałosne życie. Nigdy nie wyjeżdżać w żadne miejsce w którym powietrze nie jest gęste od darmowego internetu. Nigdy nie zabierać na długi wyjazd niewypróbowanych kosmetyków. Idę się ubrać i zjeść śniadanie, bo robię się zaskakująco głodna.
Wieczorem: mam problem z przypomnieniem sobie co robiłam rano, jeśli nie zapiszę w ciągu dnia. Masakra. Więc: ciocia powiedziała że ma coś do wyprania, więc w schizie pobiegłam na górę ogarnąć trochę pięterko, bo panuje tu nieludzki chaos. Ostatecznie zabrałam wiadro sama i nastawiłam. Druga porcja na później to były kolory, głównie pościel wujka. Poszłam podlewać 'ogródek' i straszliwie ubłociłam sobie spodnie. Więc jak skończyłam, namoczyłam je w wannie i zapakowałam do pralki wraz z drugą porcją prania. Potem poszłam powiesić ręczniki i pościel na zewnątrz, dwa domy dalej czyli u cioci V, która ma domek pod samym zamkiem (przyjedzie na Wielkanoc zresztą) i kawałek ogródka oraz – co najbardziej interesujące w tej chwili – kawałeczek wolnej przestrzeni z drutami do wieszania prania. Bogini, wieszanie prześcieradeł w wietrze wiejącym przez przesmyk między domami, tak że bardzo starają się udawać latające dywany – bezcenne. Potem zrobiłam na obiad kalafiora z wody, zrobiłyśmy test maszynki do robienia jogurtu, ciocia poszła odwiedzić R, potem zdjęłam prześcieradła i prasowałam je (koszmar, nienawidzę prasowania. Wolę już zmywać niż prasować. To pieprzone prześcieradło miało chyba z hektar!). Ciocia się wybierała do kościoła, ale przyszła R pożyczyć czarną nitkę. Zaproponowałam jej moją szewską ale nie bardzo chciała, ona w ogóle mówi do mnie na 'pani' i nie wiem co z tym zrobić, a cioci chyba nie wpadło do głowy że my się właściwie nie znamy. Ostatecznie zamiast w kościele ciocia wylądowała znów u R, bo jak się okazało z jakiegoś powodu nie było mszy. Jak wróciła, zadzwoniła Z że z ciocią C jest lepiej. A potem dostałam smsa od taty, że potrzebuje pomocy ze zgrywaniem zdjęć i zapisywaniem plików i będzie dzwonił. Uznałam za trochę absurdalne że będzie dzwonił do mnie, jak ma pod ręką Anę i Stefana na przykład, no ale dobrze. Gotując makaron z cukinią i pieczarkami odebrałam telefon od Mai, która miała na skajpie ojca, i w sumie cieszę się że nie zadzwonił bezpośrednio do mnie, bo brzmiał jak … i bez bufora chyba bym dostała strasznej agresji, a tak dostałam tylko trochę. Z komputerem mu poradzili, a potem gadaliśmy o pierdołach. Oczywiście znów usłyszałam jakieś pitu pitu że odwyk od sieci mi dobrze zrobi. Nie wiem jak może mi dobrze zrobić czas, który mogę przeznaczyć na myślenie o sensie mojego życia, a właściwie o tym że go nie mam, co prowadzi w konsekwencji do doła giganta i myśli samobójczych. Widać inaczej pojmujemy zwrot 'dobrze zrobić'. Aha, i jego zdaniem powinnam się uśmiechnąć do Z o internet mimo tego, że ma matkę w szpitalu. Nie wiem czy na trzeźwo też by mi tak poradził, ale jakoś wątpię. W każdym razie zjeżyłam się, potem ojciec się wyłączył i rozmawiałam tylko z Mają. Mama jutro wylatuje do UK i pap zostanie sam, mam nadzieję że pozostanie trzeźwy.
Jak wróciłam do kuchni, trzasnęła żarówka. Spytałam cioci czy ma zapas, a potem okazało się że to są dziwne żarówki, nie wkręcane, tylko zahaczane o ząbek. Przyjrzałam się i starą wyjęłam, ale było mi ciężko włożyć nową, nigdy nie wiem ile siły mogę do czegoś przyłożyć żeby nie zepsuć, a żarówka jest jednak szklana i łatwo ją uszkodzić. Ciocia myślała nad wezwaniem wczorajszego Anglika, bo jest bardzo pomocny, ale dałam radę. Yeah. Makaron z cukinią i grzybem okazał się być smacznym makaronem, ciocia prosiła o dokładkę (co ma swoje ujemne strony: nie mam pojęcia co jutro będzie na lunch:P). Rozmawiałyśmy, znaczy głównie ona wspominała a ja słuchałam. Umyłam gary, powiedziałam dobranoc i usłyszałam 'dobranoc, dziękuję'. Wciąż się zastanawiam za co właściwie. Dobrą kolację? Żarówkę? Towarzystwo?
Ciocia jutro jedzie do Losz, i pyta czy mnie tam nie zostawić na dzień, żebym sobie pozwiedzała. Ale jeszcze nie chcę, chociaż chętnie bym pojechała towarzysko. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Na razie idę spać, a najpierw poczytam pamiętnik przodkini. Albo bocznej przodkini. Ziewam na samą myśl, nie to że jest nudny, ale jakoś tak mi się samo robi.

ilcattivo13 - 7 Maj 2012, 21:23

shenra - a rzeczywiście :mrgreen:
fealoce - 7 Maj 2012, 21:58

Martva, tylko jak już będziesz mieć bilet na samolot, to pamiętaj, żeby często sprawdzać pocztę! Ciotka z Francji niedawno kupiła bilet na jakieś tanie linie, w międzyczasie zmienili termin odlotu i powiadomili ją o tym mailowo, a że ona miała akurat awarię sieci, więc tego maila nie przeczytała i w konsekwencji samolot jej uciekł.
ilcattivo13 - 8 Maj 2012, 01:05

fealoce - normalnie zasłużyłaś sobie na tytuł "Ciocia Dobra Rada" :D
illianna - 8 Maj 2012, 09:28

ilcattivo13, wiesz co, a co gorsza ona ma rację :mrgreen:
Kasiek - 8 Maj 2012, 11:30

O rany...
dalambert - 8 Maj 2012, 12:13

Kasiek napisał/a
O rany...

Co ? "o rany" - opowieści "Martvej w Zamku Wielkim" , czy rady fealoce, , czy ilcattivo13, jako taki ?
Weź się doprecyzuj ;P:

Jotha - 8 Maj 2012, 13:57

Pewnie Kasiek zobaczyła okiem wyobraźni te mroczne istoty z kosmosu... nie, raczej z głębi ziemi, wijące się wężowato w rurach wodociągowych i wyciąąąąąągające zimne palce w stronę namydlonych splotów Martvowego włosia :)
Kasiek - 8 Maj 2012, 15:00

Nie, to ze zmianą godziny lotu...
shenra - 8 Maj 2012, 15:40

Martvica napisała dzisiaj, że już większa część pobytu tam za nią i nie może się doczekać powrotu. Aaa i jeszcze, że gardło zaczyna ją boleć, co przy ichniejszej aurze nawet jej nie zaskakuje.
fealoce - 8 Maj 2012, 15:57

Kasiek napisał/a
Nie, to ze zmianą godziny lotu...


Bardzo profesjonalne, prawda? :twisted: Dlatego Martvą ostrzegam, bo ja bym na coś takiego nie wpadła...



Partner forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group