Mechaniczna pomarańcza [film] - Ostatnio oglądane filmy
Martva - 19 Grudnia 2012, 12:52
Sądzę że może mi się spodobać nawet jak będę sama i na trzeźwo, ale w sumie to może namówię kolegę
Zgaga - 19 Grudnia 2012, 13:04
Mdaa... Gusta są różne.
hrabek - 19 Grudnia 2012, 13:29
Co wy chcecie od tego filmu? Znakomity był. Pastisz na filmy o wampirach jak się patrzy, zrobiony inteligentnie i porządnie.
Martva - 19 Grudnia 2012, 13:37
Jakie 'wy'? Myślę że to ten typ złego filmu, który ubóstwiam i będę się chichrać przez połowę. A Zgaga może takich nie lubic albo spodziewała się czegoś innego.
hrabek - 19 Grudnia 2012, 13:53
Ale to naprawdę nie jest zły film. Prezentuje specyficzny typ czarnego humoru, ale jeśli komuś taki humor pasuje, zabawa będzie przednia.
Zgaga - 19 Grudnia 2012, 14:40
Generalni film odbierałam jako pastisz. No nie wiem, czy coś takiego na poważnie można było nakręcić.
Mimo to - dobił mnie całkowicie.
Może nie ten nastrój, nie ten typ humoru itp.
corpse bride - 19 Grudnia 2012, 15:56
Widział ktoś nową Kareninę?
Homer - 19 Grudnia 2012, 16:49
Kochankowie z księżyca - przychylam się do poprzednich opinii. Fajne, miłe, przyjemne.
ilcattivo13 - 19 Grudnia 2012, 16:50
a nie miałeś później ochoty, żeby topless, z butelką wina i siekierą pójść do ogrodu, aby ściąć jakieś drzewo?
Homer - 19 Grudnia 2012, 16:52
Do teraz nie wiem, czemu ono się nie przewróciło .
ilcattivo13 - 19 Grudnia 2012, 17:37
Widocznie było silne duchem
ilcattivo13 - 23 Grudnia 2012, 00:47
"Dredd CzyDe". Oddawać kasę! Oddawać kasę!
Badziew na całego - od początku, do samiuśkiego końca. Tak jak po "Księżycu Komanczów" miałem bardzo dobre zdanie o Urbanie, tak teraz się zawiodłem na całej linii. Choć z drugiej strony, przy tak dupnym scenariuszu chyba żaden aktor by się nie wykazał. Film składa się głównie z ujęć maltretowanych ludzkich ciał - albo bandziorów, albo "przypadkowych ofiar" strzelanin. Największa porażka - kiedy Urban usiłuje zrobić sobie krzywe usta a 'la Sly, a jedyne co mu wychodzi, to "podkówka" - może dlatego, że jednocześnie musi gardłowo-chrapliwie szeptać. Dialogi są marne i na poziomie przedszkola (kompletne zero onelinerów!!!!!!!). No i strzelaniny. Ech... Tak nudnych rozpierduch, to ze świecą szukać.
Może gdyby jeszcze tyle kretynizmów nie nawsadzali do filmu... Kraty, które najpierw opadają, a potem odsuwają się na bok, przy okazji przechodząc przez emanacje tuneli wentylacyjnych, różnorakich rur i przewodów... "Przypadkowe ofiary" strzelanin, które siedzą w ukryciu aż do momentu wybuchu strzelaniny, kiedy to wyskakują z kryjówek i zaczynają przebiegać przez linię ognia (ani chybi z nudów)... Do wyboru, do koloru - każdy znajdzie jakiś debilizm dla siebie.
Ale najgorsze jest to, że film miał być ładny wizualnie, a nie jest. Poza jedną sceną,
Daję 2/10.
No i jeszcze ta spluwa Sędziego... Kiedyś raziły "nieswoich" prądem i to było sensowne.
Iscariote - 23 Grudnia 2012, 13:49
| ilcattivo13 napisał/a | | Przypadkowe ofiary strzelanin, które siedzą w ukryciu aż do momentu wybuchu strzelaniny, kiedy to wyskakują z kryjówek i zaczynają przebiegać przez linię ognia (ani chybi z nudów) | Mnie to się wydaje całkiem realne, przerażony człowiek słysząc strzały panikuje, stara się uciec jak najdalej, jak najszybciej, mieszają mu się kierunki, nie myśli trzeźwo.
A film jest moim zdaniem bardzo ładnie zrobiony, Karl jako maszynka do zabijania krocząca prosto przed siebie ścieżką prawa wygląda całkiem okej, z tą jedną miną obrzydzenia na twarzy a dziewusia bardzo ładna.
Oprawa wizualno muzyczna na plus, a nieścisłości w tego typu filmie czepiać się moim zdaniem nie wypada
ilcattivo13 - 23 Grudnia 2012, 19:29
Iscariote - całkowicie się z Tobą nie zgadzam. Bardzo ładnie zrobiony, to był Skyfall. Tutaj mamy jedną fajną animację "lotu", plus jedną efektowną animację masakry, plus jedną scenę z zajefajnym dźwiękiem (strzelanina w czasie początkowego pościgu) i to wsio.
"Karl jako maszynka do zabijania krocząca prosto przed siebie ścieżką prawa wygląda całkiem okej". Wcale bo nie jest okej. Tych scen kroczenia jest ździebko za dużo. Zwłaszcza, że wyglądają na zmontowane w bardzo podobny sposób, jak te z Battle Queen 2020 (a tam przynajmniej była golizna ), albo jak kopie scen z tych setek wyprodukowanych przez Włochów klonów Mad-Maxa, w rodzaju 2019: After the Fall of New York, albo Endgame. I jeszcze te ciągłe tandetne wstawki z niby-monitoringu. Pfff....
Muzyka zupełnie do mnie nie trafiła. Rozumiem, że miało być mocno, głośno i rytmicznie, ale wyszło raczej denerwująco. Ot, taka niby technowata łupanina pod mordobicie. A raczej mordoszczelanie. Matrix, to to nie jest.
A z tymi nieścisłościami, to będę się czepiać. Niech sobie to będzie nawet film klasy C albo D, ale to nie jest jeden z tysięcy filmów akcji nakręconych przez Filipińczyków-analfabetów - powinien przynajmniej sprawiać pozory, że nakręcił go człowiek dorosły i z dyplomem ukończenia podstawówki. Ale, że nawet tych pozorów nie ma, to wyszło coś ponadprzeciętnie brutalne, krwawe, nudne i debilne. I absolutnie nie dla mnie. O!
Magnis - 23 Grudnia 2012, 21:22
Mroczne opowieści
Trzy opowieści osób przy ognisku. Pierwsza o małżeństwie i ich postoju gdzie dochodzi do makabrycznych wydarzeń. Druga opowiada o dwunastoletniej dziewczynce samej w domu gdzie coś jej się przydarza przerażającego. Trzecia i już ostatnia opowieść jest o motocykliście i tajemniczej nieznajomej. Wszystko jednak jest zgrabnie spięte czwórką bohaterów i niezłym finałem. Lubię takie filmy składające się z trzech opowieść jednak zabrakło mi większego klimatu bo potencjał jednak był i nie został do końca wykorzystany. Wyszedł dość dobry średni horror, który ogląda się fajnie i nic po za tym. Ocena 6/10.
Dyniogłowy. I w proch się obrócisz.
Film w reżyserii Jake Westa, który pozostawił niedosyt. Przede wszystkim historia jest całkiem prosta i przyjemnie by się może oglądało jednak gdyby więcej było Dyniogłowego. Jego wykonanie jest niezłe, ale co mnie raziło to to, że chodził cały czas jakby kijek połknął i jak nawet upadł to sztucznie wyglądało. Efekty czy to trupów czy krwawe nieźle wykonali i nawet chatka staruszki wyglądała jakby wyjęta z historii o czarownicy. Jednak film nie porywa i jest na raz do obejrzenia i zapomnienia. Ocena 4/10.
Agi - 25 Grudnia 2012, 00:40
80 milionów film o dolnośląskiej "Solidarności'" w reżyserii Waldemara Krzystka. Zdecydowanie warto obejrzeć.
ilcattivo13 - 25 Grudnia 2012, 04:29
Najsampierw "W krzywym zwierciadle: witaj święty Mikołaju", czyli najlepsza bożonarodzeniowa amerykańska komedia ever, z Chavy Chasem w roli głównej. Każdy już pewnie oglądał, więc nie ma co się rozpisywać. Po prostu klasyka.
Za to później obejrzałem "Wszystko jest iluminacją". Reżyseria i scenariusz (na podstawie powieści Jonathana Safrana Foera) Liev Schreiber, w rolach głównych Elijah Wood, Eugene Hutz i Boris Leskin.
Film totalnie niedoceniany i zjechany przez większość krytyków i widzów i okazał się kompletną klapą finansową, ale dla mnie to absolutnie genialne arcydzieło sztuki filmowej. I chyba jeszcze nigdy aż tak bardzo nie brakowało mi słów na opisanie moich wrażeń z seansu... Ale co mi tam, spróbuję
Młody amerykański Żyd, Jonathan Safran Foer (Wood), wyrusza na Ukrainę, aby znaleźć kobietę, Augustynę, która w czasie II wś uratowała życie jego dziadkowi. Oprócz imienia kobiety zna tylko nazwę miejscowości, Trochenbrod (względnie Zofiówka), gdzie żył jego dziadek. Pomóc w tych poszukiwaniach mają mu dwaj Ukraińcy z Odessy, pracujący w rodzinnej firmie jako opiekunowie bogatych, szukających swoich ukraińskich korzeni Żydów z Zachodu. Rolę tłumacza pełni Alex (Hutz), a jego wiekowy i niecierpiący Żydów Dziadek (Leskin) jest szefem wyprawy i szoferem firmowego wozu - Trabanta 601 Kombi. Czwartym "uczestnikiem" wyprawy jest pies Dziadka - Sammy Davies Jr. Jr.
Film zaczyna się jak typowa komedia oparta o zderzenie kultur i światów - zachodniego/amerykańskiego i wschodniego/post-sowieckiego. Tego drugiego w jego ekstremalnym, głęboko prowincjonalnym wydaniu. Oprócz tego pojawia się też kontrast osobowości: młody, niemający zielonego pojęcia o świecie, do którego trafił, intelektualista Foer, musi współpracować z niespecjalnie bystrym, za to cholernie ciekawskim, cholernie bezpośrednim i bezgranicznie zafascynowanym Ameryką i wszystkim co amerykańskie (zwłaszcza hip-hopem) Alexem oraz jego gburowatym i lekko szajbniętym Dziadkiem. I jeszcze ten Sammy Davies Jr. Jr., czyli niestabilny mentalnie "pies przewodnik" rasy Border collie. To wszystko sprawia, że pierwsze 2/3 filmu, no może poza krótkim wstępem, po prostu eksplodują humorem, choć często ten humor jest na zasadzie "i śmieszno, i straszno".
Wraz z rozwojem śledztwa, kiedy coraz więcej elementów układanki trafia na swoje miejsce i zaczynają one odsłaniać prawdę o minionych wydarzeniach, film diametralnie zmienia swój charakter. To już nie jest zwykła komedia przeciwieństw. To jest dojrzały i bardzo "ludzki" film o rozrachunku z własnym sumieniem i pogodzeniu się z samym sobą. O szacunku dla przeszłości i dla tych, którzy wiele poświęcili, by pamięć o dawnych wydarzeniach nie zginęła i tym samym nie zubożyła młodego pokolenia. O szukaniu własnego miejsca w świecie. I wreszcie o żydowskim holokauście. Ale nie w ten opierający się na kłamstwach i przemilczeniach sposób, w jaki przedstawiał wydarzenia nakręcony w trzy lata później "Opór" (Schreiber grał tam drugą główną rolę). Wręcz przeciwnie - krótko, zwięźle i przeważnie przy pomocy niedopowiedzeń film opowiada (wiem, że to ździebko głupio brzmi, ale jak ktoś film obejrzy, to zrozumie, o co mi chodziło) o prawdziwych Żydach i ich drugowojennych dziejach na terenach polskich Kresów.
Schreiber stworzył niesamowicie emocjonalny film. Bez żadnych skrupułów zaciekawia widza zawiązując i rozwijając wątek wyprawy, rozśmiesza go łez przez większość filmu, by później uderzyć z cała mocą skondensowaną dawką napięcia i dramatyzmu, a wreszcie pozwolić dać ujść emocjom w kilku, czy kilkunastu oszczędnych i cholernie wzruszających scenach... Dobrze, że "nie wstyd, gdy mężczyźni płaczą", jak to mówił Kaźmirz Pawlak, bo dawno już tak nie ryczałem, jak przy końcówce "Wszystko jest iluminacją"
Na pewno nie udałoby się to bez aktorów. A tych twórcy właściwie dobrali i wykorzystali. Wood zagrał jedną z lepszych swoich ról. Hutz pokazał, że ma prawdziwy talent nie tylko do śpiewania i muzykowania (i mam nadzieję, że nie pójdzie w ślady Jewgienija Leonowa). No i Boris Leskin - klasa sama w sobie - udowodnił, że profesury na wydziale aktorstwa New York University nie dostał za masło. Także drugoplanowi (jak np. Laryssa Lauret) oraz epizodyczni aktorzy się postarali i na dobra sprawę nie potrafię wskazać nikogo, kto by zagrał na poziomie słabszym niż dobry.
Wypada też wspomnieć o jeszcze dwóch mocnych stronach filmu. Pierwszą są zdjęcia. Zachwycałem się tym, czym Mendes "obdarzył" "Skyfalla", ale ujęcia z "Wszystko jest iluminacją" biją skyfallowe na głowę. A już scena ze słonecznikami, to czystej wody mistrzostwo świata. Drugą mocną stroną filmu jest muzyka. Kapitalnie dobrany przez Paula Cantelona miks utworów własnych i cudzych z pogranicza słowiańskiego (takiego bardziej w kierunku wschodnim) folku, muzyki klezmerskiej, cygańskiej, jazzu i ska. Grający jedną z trzech głównych ról Hutz jest bardziej znany jako założyciel i wokalista zespołu Gogol Bordello, który to zespół, oprócz tego, że pojawia się w jednej ze scen, to dokłada do OSTa dwie świetne kompozycje, "Start Wearing Purple" i "Bublitschki".
Daję filmowi ocenę 9,9/10. Bardzo dobra fabuła, cięty, często-gesto czarny humor, kilka przyczajonych "mrugnięć okiem", świetne dialogi, kapitalni aktorzy, przepiękne zdjęcia, idealnie dobrana muzyka, mądre przesłanie i emocje, emocje, emocje... I w efekcie film ląduje w pierwszej piętnastce, a może i dziesiątce najlepszych oglądanych przeze mnie filmów. O!
Aha - olałem wersję polskojęzyczną i oglądałem w wersji oryginalnej, angielsko-rosyjskiej. Tradycyjnie już, "nasze" tłumaczenie ździebko mi nie podeszło.
joe_cool - 26 Grudnia 2012, 21:35
Yuma - nie wiem, czemu ten film nazywany jest komedią, no ale ja w sumie rzadko rozumiem strategię reklamową polskich filmów Nawet niezły, chociaż parę dłużyzn jest. I łezka się w oku zakręciła na widok Oderturmu (chociaż w drzwiach odbijały się Leneepasagen, które dobudowali już jak tam studiowałam, więc wiele lat po wydarzeniach, no ale co mieli w sumie zrobić, budżetu na obróbkę komputerową zapewne nie było)
Homer - 27 Grudnia 2012, 19:54
Wróciłem z Hobbita w IMAXie. Wrażenia w osobnym wątku, natomiast to co zaskoczyło to IMAX preview exclusive (pierwszy raz się z tym spotkałem w Polsce!). Przed samym Hobbitem puszczono początek nowego Star Treka, jakieś 8-10 minut filmu zakończone pełnym tegoż trailerem (w 3D).
Rok temu IMAX puszczał preview Batmana w grudniu, ale niestety nie w Polsce.
Magnis - 27 Grudnia 2012, 19:55
Epoka lodowcowa 3 : Era dinozaurów - fajna animacja z odrobiną humoru i przygodami naszych bohaterów z poprzednich odsłon filmowych wraz z wiewiórką.
Wiedźmikołaj - film na podstawie książki Terrego Pratchetta gdzie podczas oglądania fajnie się bawiłem i co najważniejsze był również humor oraz czasami bywało mroczno.
joe_cool - 28 Grudnia 2012, 00:21
Niebezpieczna metoda - o Jungu, Freudzie i Sabinie Spielrein, seksie, histerii i innych takich. Mogło być ciekawie, a jest chaotycznie i trochę zalatuje nudą. Parę fajnych scen, ale generalnie rozczarowanie.
Anonymous - 28 Grudnia 2012, 00:25
Mam podobne odczucia. Temat zmarnowany, zabrakło czegoś, co skleiłoby pojedyncze epizody w całość. Nie umiem sprecyzować, w czym tkwi problem, może w scenariuszu? A taka fajna obsada...
joe_cool - 28 Grudnia 2012, 01:00
Miria, to chyba scenariusz. Dużo scen jest urwanych, wątki są niewyjaśnione, porzucone, potem nagle coś się dzieje, nie wiadomo dlaczego, a potem nudy. Aktorzy starali się jak mogli, reżyser w sumie też dobry, a jednak wyszła trochę kicha.
mesiash - 28 Grudnia 2012, 13:09
Dredd - taki sobie. Pomimo tego że akcja rodem z filmów lat 80-tych, nie ma przesadzonych efektów specjalnych i wszystko jest w miarę logiczne, to jednak bardziej pasuje na odcinek serialu o sędziach, a nie na cały film. No i zupełnie nie było bohatera, do którego możnaby się przywiązać.
ihan - 28 Grudnia 2012, 22:00
Atlas chmur. Niech błogosławieni będą wszyscy ci, dzięki którym ten film tak długo jest grany w kinach. I po pokonaniu wielu przeciwności losu, gdy już mając przebrane buty i kurtkę wychodziłam z pracy i w progu okazywało się, że ktoś zapomniał, że chce ode mnie coś pilnego i muszę jeszcze zostać na godzinkę albo dwie, w końcu po pokonaniu tych przeciwności dotarłam do kina. I dawno, dawno żaden film nie wprawił mnie w tak doskonały nastrój. Choć może i częściowo dołożyła się wiosenna pogoda, co samo w sobie powoduje, że mam ochotę śpiewać i tańczyć, może. Ale film wpasował się doskonale i przez te prawie 3 godziny (naprawdę, tak długo? kompletnie nie zauważyłam) bawiłam się przednio. I może nie bawiłabym się tak dobrze gdybym wcześniej nie przeczytała książki, może. Fakt, strasznie dużo zmian, strasznie dużo inaczej położonych akcentów, a najbardziej spłycona chyba jednak historia . Fakt, happy endy aż wyją o litość, jak podsumował facet tuptający obok kilometrami schodów i korytarzy w kierunku "wyjścia do centrum" po skończonym seansie w Multikinie do swojej dziewczyny: (cytat niedokładny, bo z pamięci) "Typowy, film Wachowskich, powinien się skończyć 10 minut wcześniej, bez tych wszystkich happy endów dla tępych Amerykanów". Ale, Georgi świetny, charakteryzacja rewelacyjna, historia wydawcy oddana świetnie. Szkoda tylko, że kto inny tłumaczył (trochę jednak różniło sie od książki). I mam ogromną ochotę zobaczyć ten film jeszcze raz i przeczytać jeszcze raz książkę (niestety, puściłam w lud i pewnie prędko do mnie nie wróci). Mmmmrrrr, strasznie mi dobrze po tym filmie.
ilcattivo13 - 30 Grudnia 2012, 00:18
"Scalphunters" ("Łowcy skalpów"). William W. Norton cztery lata oglądał spaghetti westerny, aż go wzięło i napisał scenariusz własnego. Sydney Pollack cztery lata oglądał spaghetti westerny, aż go wzięło i zachciało mu się jakiś wyreżyserować. Burt Lancaster cztery lata oglądał spaghetti westerny, aż go wzięło i zachciało mu się w jakimś zagrać. A że zbyt drogą był gwiazdą dla Włochów i Hiszpanów i że tak bardzo mu się zachciało, to razem z czterema innymi gośćmi zrzucił się na film, kupił scenariusz od Nortona, na fotelu reżyserskim posadził Pollacka i włala - mamy jeden z pierwszych amerykańskich spaghetti westernów nakręconych nie w Hiszpanii, tylko w USA (i Meksyku, ale to w sumie na jedno wychodzi ).
Niestety, kręcenie w USA było ździebko droższe od kręcenia w Hiszpanii, więc kasa okazała się niewystarczająca na obsadzenie w drugiej głównej roli oraz w roli bad bossa jakichś bardziej znanych aktorów, więc musiano poprzestać na Ossie Davisie (drugi główny) i Tellym Savalasie (bad boss) - obu w tamtym czasie ździebko trzeciorzędnych aktorach. Niestety...
Motyw filmu opiera się o pogoń za kasą - w postaci jucznego muła i dwóch paczek futer, które traper Joe Bass (Burt) traci najpierw na rzecz Indian Kiowa, a później na rzecz łowców skalpów dowodzonych przez Jima Howiego (Telly). "Dzięki" tym pierwszym, "w zamian" za futra, zostaje "właścicielem" cwanego, czarnoskórego (oficjalnie) Komancza (a nieoficjalnie zbiegłego z Luizjany wykształconego niewolnika), Josepha Lee (Ossie). Niespecjalnie zadowolony z obrotu sprawy Bass rusza za Kiowa, żeby odzyskać futra...
Fabuła jest zakręcona w tradycyjnie spaghettiwesternowy sposób. Twórcy serwują nam zwroty akcji dosłownie w tempie jednego na pięć minut, a resztę zapełniają prostym humorem i akcją (strzelaniny, pogonie i inne, takie tam, różności). I wszystko jest oki gdzieś tak do osiemdziesiątej minuty filmu, kiedy to nagle postanawiają być politycznie poprawni i zaczynają się na serio gadki o niewolnictwie i prawach czarnych. I na następne piętnaście minut, prawie do samiutkiego końca filmu, bardzo dobra westernowa komedia akcji zmienia się w nudne i sztuczne, wręcz ogromnie "kupiaste" coś, zza czego nie widać nawet finału filmu. To pierwszy zonk.
Drugi zonk, to aktorzy. Lancaster gra dobrze, choć bez och-ach. Ale Ossie Davies to nie Jim Brown. A Telly Savalas, choć może i nie musiał się wstydzić ze rolę, to też i niespecjalnie było czym się przed kumplami pochwalić - zagrał charakterystycznie dla siebie, znaczy, w tym samym stylu, w jakim później grał w "Złocie dla zuchwałych", czy "Kojaku", ale na poziomie duuuużo niższym - co najwyżej mocno przeciętnym. I to jest drugi zonk.
A trzeci, choć najmniejszy, zonk, to muzyka. Niby jest, i w ogóle, ale po obejrzeniu filmu przyłapałem się na tym, że nucę sobie pod nosem motyw z "Siedmiu wspaniałych", a tego z "Łowców..." ni cholery nie pamiętam.
I to chyba wszystko, co mi leży na "wentrobie". Film zasługuje na 6/10 i ani ułamka więcej. Można obejrzeć, ale nie należy się spodziewać jakichś ekstremalnych doznań. Poza wciórnościami w końcówce. I ewentualnie może komuś się jeszcze chcieć zobaczyć Savalasa w gustownym różowym galife, w którym paraduje przez większość filmu
hijo - 30 Grudnia 2012, 00:47
MI:4 Ghost Protocol. Pomimo niedorzeczności film mi się podobał. Szybka wartka akcja nie pozwala się nudzić. No i kupa śmiechu była, dzięki bmw. Lubię oglądać jak niszczą te samochody
shenra - 30 Grudnia 2012, 14:39
Harry Potter 1 i 2 strasznie poszatkowane, ale nadal urocze na swój sposób.
Merida Waleczna - sympatyczna bajeczka. Uśmiałam się parę razy. Trojaczki rzondzom
Witchma - 30 Grudnia 2012, 20:32
Hobbit. Jeszcze nie wiem, co myślę.
ilcattivo13 - 30 Grudnia 2012, 20:51
hłe, hłe
|
|
|