To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ


Mechaniczna pomarańcza [film] - Ostatnio oglądane filmy

ilcattivo13 - 19 Listopada 2012, 00:57

Czekałem ponad miesiąc od obejrzenia "Dio perdona... Io no" ("Bóg wybacza... Ja nigdy") i wreszcie się doczekałem. Ostatnie dwie części spaghetti westernowej trylogii Giuseppe Colizziego też już za mną.

"I Quattro dell'Ave Maria" (najbardziej znany jako "Ace High", ale fajfokloki wolą "Have Gun Will Travel" ;P: ). Skoro to trylogia, to reżyser ten sam, a w rolach głównych znowu Terence Hill i Bud Spencer. I jeszcze niejaki Eli Wallach...

Fabuła znowu opiera się o kasę i zemstę. Cat i Hutch zwracają do banku zrabowaną w pierwszej części trylogii kasę, spuszczają manto współpracującemu z bandytami bankierowi i odbierają nagrodę - 50 tyś usdów. Bankier się wścieka i nakłania oczekującego w powieszenie bandytę, Cacopoulosa, żeby w zamian za wolność zabił obu bohaterów. Przy okazji wychodzi na jaw, że Cacopoulos, bankier i jeszcze dwóch innych sympatycznych panów, razem napadali na banki i że pozostała trójka wystawiła Cacopoulosa organom ścigania, przez co trafił on na długie lata do więzienia, a to, że teraz znowu siedzi w celi i czeka na stryczek, znów jest zasługą bankiera. Cacopoulos zostaje uwolniony z więzienia, zabija bankiera i zamiast zabijać bohaterów - obrabia ich z nagrody i koni. Cat i Hutch ruszają za nim w pościg...

Tym razem Colizzi się postarał. Zamiast w ździebko monotonne fabularnie "Za garść dolarów więcej" poszedł w "Dobrego, złego i brzydkiego" i różnica względem pierwszej części jest kolosalna. Fabularnie jest świetnie (zwłaszcza nawiązanie do rewolucji meksykańskiej - motyw z sądem to po prostu sam "mniód"), aktorsko jest świetnie (Eli Wallach jest jak zwykle genialny, Terence i Bud wcale mu nie ustępują), a czarny humor leje się z ekranu hektolitrami - nic tylko oglądać. Lekką ręką daję 8/10

Natomiast trzecia część trylogii... Ech... Tym razem jest słabiuchno. Zamiast iść utartymi przez innych twórców szlakami Colizzi postanowił być oryginalny i w rezultacie stworzył kupę, której nie uratowała nawet porządna obsada aktorska (do duetu Hill & Spencer dołączyli Woody Strode i Lionel Stander - obaj znani m.in. z "Dawno temu na Dzikim Zachodzie")...

Fabuła "La collina degli stivali" (najbardziej znane jako "Boot Hill") kręci się wokół kasy i zemsty. Cat i Hutch kilka lat temu zerwali spółkę i działają na własną rękę. Ten pierwszy wdaje się w konflikt z właścicielami spółki górniczej, którzy siłą zmuszają drobnych poszukiwaczy złota do oddawania spółce praw własności do złotonośnych działek. Postrzelony przez siepaczy spółki zostaje uratowany przez cyrkowców z cyrku Mamiego, ale tym samym sprowadza na nich kłopoty. Kiedy jeden z nich ginie, Cat razem z żądnym zemsty cyrkowcem Thomasem (byłym rewolwerowcem) ruszają zgromadzić drużynę, która da radę pokonać bandziorów wynajętych przez spółkę. Pierwszy na liście "ochotników" jest Hutch...

Już w pierwszej części Collizi nawsadzał do fabuły trochę niepotrzebnych wątków, ale teraz to po prostu ździebko mu odbiło. Do samego końca filmu ciągnął konsekwentnie wątek napadu na rodzinę poszukiwaczy złota, a potem najwyraźniej stwierdził, że to bez sensu i go zamknął. Zamiast go spersonalizować i powiązać na przykład z którymś z bohaterów, przez co wszystko nabrałoby sensu i znaczenia dla fabuły, zrobił ciach i koniec. I dobre siedem, może ciut więcej minut filmu poszło się chlastać. Argh...

Do tego zrezygnował z tradycyjnego, westernowego podkładu muzycznego i zamiast niego wsadził dżezbend, grający muzyczki żywcem wzięte z kryminałów noir... Z drugiej strony dobrze, że film nakręcono w końcówce lat sześćdziesiątych, a nie osiemdziesiątych, bo wtedy moglibyśmy posłuchać jakiegoś italo disco, albo coś w stylu Al Bano i Rominy Power :/

Nie mogę dać więcej niż 3/10, bo ten film na to nie zasługuje.

mesiash - 19 Listopada 2012, 13:18

Spędziłem cztery dni zamknięty w domu to i nadgoniłem trochę filmy, których z małżonką nijak nie da się obejrzeć tak jak należy. Zacznę od najlepszego, a potem losowo:

Expendables 2 - cud, miód i orzeszki. Sama pierwsza scena (kilka minut) to dużo lepsza akcja niż cała część pierwsza, a że tamta była lepsza niż kilka innych filmów akcji razem wziętych, to... Jak dla mnie bije na głowę wszystkie tego typu filmy, śmiało rywalizując z całą serią Rambo i Terminator.

Dark Knight rises - a tu się zawiodłem. Nie dlatego że film był słaby, bo nie był, ale spodziewałem się naprawdę bardzo dobrego filmu a wyszło ledwie dobrze. Momentami za bardzo mi to wszystko Nowy Jork przypominało (głównie poprzez sceny jak z gangów i scenerie rodem z Manhattanu). Do tego wszystkiego chyba zabrakło części opowieści, czego żałuję, bo w ogóle nie było czuć upływu czasu podczas oglądania.

Looper - albo ja nie zrozumiałem albo to naprawdę kiepski film, bardzo w stylu 12 małp (który to film podobał mi się bardziej).

Halo : Legenda - bardzo porządny film sci-fi. Jeśli dobrze przeczytałem opis filmu to jest to kilka odcinków z YT sklecone w całość, i naprawdę chce się oglądać dalej, dlatego na pewno będę wypatrywał. Film bardzo zrywa z patosem przeżywania przez głównych bohaterów, co mu się ceni.

Priest (nie wiem czy był w Polsce, nie szukałem) - ot, taka sieczka z wampirami jako głównym złem (czyżby? :) ). Zapychacz czasu, bez zbytniego myślenia, bez większego przekazu, bez fajerwerków.

Black Dynamite (film, nie serial) - śmiechostka. Powiedziałbym że bardziej parodia filmów tego typu, niż film. Bardzo zresztą udana.

ilcattivo13 - 19 Listopada 2012, 21:06

"Tepepa" (z niemieckiego - "Der Eliminator" :mrgreen: ). Reżyseria Giulio Petroni, w rolach głównych Thomas Milian jako Jesus Maria "Tepepa" Moran, John Steiner jako dr Price i Orson Welles jako pułkownik Cascorro.

Fabuła tego Zapata westernu kręci się wokół rewolucji i zemsty. Anglik, dr Price, ratuje sprzed plutonu egzekucyjnego dawnego lokalnego przywódcę chłopów, Tepepę. Ratuje tylko po to, żeby zabić go samemu. Niestety, zanim mu się to udaje, zmuszeni są obydwaj do ucieczki przed ścigającymi ich federales pułkownika Cascorro. Tymczasem sytuacja w regionie się zaognia i zemstę trzeba odłożyć na bok. Zwłaszcza, jak się samemu trafia do więzienia...

Fabuła jest niezła, może nie tak dobra jak w "Garści dynamitu", ale na niewiele niższym poziomie. Za to jest dużo dojrzalsza i bardziej prawdziwa - wiarygodna historycznie. Na przykładzie prezydenta Madery, przywódcy rewolucji, pod którego rozkazami walczył wcześniej Tepepa, świetnie jest pokazane to, że "punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia". Gdy tylko dochodzi do władzy i zdobywa poparcie armii, rozbraja chłopów, a hasło rewolucji, czyli "Ziemi i wolności", zostaje szybko zapomniane i wszystko znów toczy się jak przed rewolucją... Z kolei Tepepa - prosty wieśniak, który pod koniec rewolucji jest już dowódcą i któremu wyraźnie władza uderzyła do głowy. U niego też ideologiczne poglądy szybko wywietrzały z głowy i zastąpiła je chęć pełnego mordu i gwałtu łatwego życia - oczywiście wszystko pod płaszczykiem sprawiedliwości dziejowej. Natomiast sami szeregowi rewolucjoniści to zwykła zgraja wieśniaków-bandytów, którzy będą wiernie służyli temu, kto będzie głośniej krzyczał, kto im więcej obieca i kto zapewni im stały dopływ bogactw, jedzenia, alkoholu i kobiet... Nie odbiega to zbytnio od tego, czego doświadczyły rządzone przez komunistów kraje, w tym Polska...

Po raz pierwszy Milian nie został obsadzony w roli jednoznacznie pozytywnego bohatera. W dalszym ciągu jest zawadiaką, którego widz mógł polubić za role w "Biegnij, człowieku, biegnij" czy "Vamos a matar, compañeros", ale tym razem ma też swoją ciemną stronę i sporo grzechów na sumieniu, przed których ciężarem broni się do samego końca w sposób niezupełnie świadomy, znajdując coraz to nowe usprawiedliwienia i rozgrzeszenia...

W drugiej głównej roli mamy doskonałe przeciwieństwo miianowego Tepepy - grany przez Steinera dr Pierce to człowiek wykształcony i cywilizowany, który dla osobistej zemsty porzuca swoje uporządkowane życie i odkrywa jak bardzo nieprzystosowany jest do sytuacji, w której się znalazł i której najzwyczajniej nie ogarnia. Rozdarty przysięgą Hipokratesa i wewnętrznym przymusem niesienia pomocy z jednej strony, chęcią odebrania bliźniemu życia oraz pogardą dla bandytów-rewolucjonistów z drugiej oraz zwykłą ludzką niepewnością czy to, co chce zrobić, jest słuszne z trzeciej, miota się nie mogąc podjąć decyzji. A kiedy już ją podejmuje to się okazuje, że wydarzenia znowu go wyprzedziły...

Co do trzeciego głównego bohatera, czyli granego przez Wellesa pułkownika Cascorro... Welles był geniuszem, ale ta rola niespecjalnie do niego pasuje, a on, choć stara się mimo wszystko to nadrobić, pada ofiarą swojego wieku i tuszy. Gdyby grając ją był z dziesięć lat młodszy, pewnie byłby kapitalny/świetny. A tak, jest tylko bardzo dobry...

"Tepepa" to jeden z najmądrzejszych spaghetti westernów, a jeśli chodzi o jakość, to plasuje się zdecydowanie w pierwszej dziesiątce. Główne atuty to świetnie ukazane, pełne emocji i psychologicznej głębi główne postacie oraz prawdziwe ukazanie rewolucji nie jako romantycznej zabawy w pif-paf, tylko jako czegoś, co doprowadziło do jeszcze większego niż przedrewolucyjne rządy bogatych zła i tylko zwielokrotniło przedrewolucyjną biedę chłopów. Daję 8/10, bo film nie jest idealny. Zwłaszcza pod względem technicznym. Ma strasznie pociętą ścieżkę dźwiękową, w której co chwila przeskakuje muzyka i mieszają się dubbingi włoski i angielski...

ilcattivo13 - 20 Listopada 2012, 00:59

"La bataille de San Sebastian" (po naszemu - "Strzelby dla San Sebastian"). Reżyseria Henri Verneuil, w rolach głównych Anthony Quinn, Charles Bronson i Anjanette Comer...

Fabuła nietypowa dla spaghetti westernu, bo oryginalna - zero zemsty i zero pogoni za kasą w tle oraz (prawie) zero zżynania od innych twórców. Meksyk, połowa XVIII wieku. Wyjęty spod prawa Leon Alastray (Quinn) ratuje się przed pojmaniem w kościele. Ksiądz, który go przygarnia i nie pozwala oddać go władzom, zostaje za karę zesłany do wioski San Sebastian. Alastray rusza w drogę razem z nim. Kiedy docierają na miejsce, wioska jest opuszczona. Zaraz potem ksiądz zostaje zamordowany, a Alastray, w podarowanej przez księdza opończy zostaje wzięty za kapłana i namówiony przez Kinitę (Comer) postanawia zostać w wiosce i pomóc jej mieszkańcom w odbudowie. Nie podoba to się metysowi Teclo (Bronson), który postanawia napuścić na wioskę Indian Yaquis...

Historia jest oryginalna, ale za to Francuzi wsadzili w nią tyle patosu i ideologii, że prawie dorównali przy tym produkcjom amerykańskim. Szkoda, bo mogli zamiast tego skupić się na babołach logicznych w fabule. Których z każdą minutą robiło się coraz więcej i więcej i które z każdą minutą stawały się coraz większe i większe. Aż w scenie z Indianami i wodospadem osiągnęły poziom tak wysoki, że w ciągu następnych czterdziestu lat niewielu filmowców (poza Amerykanami) dało radę tę zawieszoną przez twórców "Strzelb..." poprzeczkę przeskoczyć.

Od strony aktorskiej jest bardzo nierówno. Quinn jest jak zawsze świetny, ale Bronson "machnął" w tamtym 1968 roku cztery filmy. A że całą parę puścił w "Dawno temu na Dzikim Zachodzie", to w reszcie - czy w "Strzelbach..." też - pokazał się od zdecydowanie słabszej strony. Równie słabo zagrała Anjanette Comer, która najwyraźniej wzięta została do filmu tylko dla urody i ciała. Za to braki tej dwójki nadrabiają aktorzy drugoplanowi, z których ci najlepsi przewijają się przez większą niż Bronson i Comer część filmu, więc trochę ich "zasłaniają".

Reasumując, na plus jest gra większości obsady i oryginalność historii, na minus baboły, Bronson i Comer. Ale te 6/10 dać trzeba, bo to w sumie dobry film.

Edit:
"I quattro dell'Apocalisse". Reżyseria Lucio Fulci, w rolach głównych Fabio Testi, Thomas Milian, Lynne Frederick, Michael J. Pollard i Harry Baird.

Fabuła? Sami sobie dopowiedzcie. W szeryfowskim areszcie siedzą szuler Stubby (Testi), ciężarna prostytutka Bunny (Frederick), moczymorda Clem (Pollard) i zdrowo szajbnięty murzyn Bud (Baird), który widzi duchy zmarłych (Baird). Dzięki temu, że siedzą zamknięci w celi, tylko oni przezywają nocną rzeź niepraworządnych mieszkańców miasteczka, urządzoną przez tę drugą, praworządną część lokalnej społeczności. Rankiem, przez miasto pełne trupów są doprowadzeni do wozu, którym mają sobie odjechać w siną dal. Jadąc przez prerię napotykają jeszcze zdrowiej szajbniętego niż murzyn rewolwerowca-hipisa o ksywie Chaco (Milian). Ten postanawia dołączyć do wesołej gromadki i już pierwszej nocy karmi ich peyotlem i z pomocą będącego na ostrym niedopiciu Clema wiąże pozostałą trójkę, a rankiem gwałci nieprzytomną Bunny, strzela Clemowi w kolano i zostawia całą czwórkę na pewną śmierć. Udaje im się jednak uwolnić i ruszyć w dalszą drogę. Ale nie wiedzą, że Chaco wrócił i ruszył ich śladami...

Nie wiem, co brał Fulci, kiedy zaczął robić ten film, ale na pewno było to coś mocnego i powodującego ekstremalne zmiany nastrojów. Widać to po filmie, który momentami przypomina komedię, momentami telenowelę, momentami tandetne włoskie gore z hektolitrami czerwonej farby i kilogramami mięcha, momentami prohipisowskie filmy z rodzaju "Easy raidera", a przez resztę czasu nasz reżyser jedzie na tym samym koksie co Jodorowsky i kompletnie nie wiadomo o co kaman...

Jeśli chodzi o aktorów głównoplanowych, to jest dobrze. Drugi plan miejscami siada, ale przy takiej ilości postaci przewijających się przez ekran jedna czy dwie szwankujące aktorsko nie robią tragedii. Zaskoczył mnie Thomas Milian - w różnych rolach go widziałem, ale w tak wyjątkowej jeszcze nie. I chyba już nie zobaczę, bo on tylko raz poszedł na taki ekranowy hardkor.

Muzyka jest dopasowana do tego co się dzieje na ekranie. I to podwójnie. Nie dość, że jest hipisowska na maksa (coś w stylu utworów Scotta McKenzie), to jeszcze piosenki są o tym, co akurat się na ekranie dzieje. Ze szczegółami.

Reasumując - to zdecydowanie najbardziej porąbany spaghetti western jaki widziałem. Nawet jeśli ogólnie chodzi o filmy, to też niewiele mu może pod względem porąbania podskoczyć. A czy warto obejrzeć ten film? To już zależy od wrodzonej odporności na kicz i mających nierówno pod sufitem reżyserów. Ja dałem radę i żyję. Jeszcze. A film oceniam całkowicie nieobiektywnie na 4/10. Bo im starszy Fulci, tym bardziej jego gust mija się moim.

ilcattivo13 - 20 Listopada 2012, 20:04

"Il grande duello" (w Jugosławii krążył jako "Veliki dvoboj"). Reżyseria Giancarlo Santi, w roli głównej Lee Van Cleef, Alberto Dentice i Horst Frank. Muzyka Luis Enríquez Bacalov (ten od OSTu "Django").

Kolejny film z w miarę oryginalną fabułą - zemsta i kasa interesuje tylko złych, dobrzy wybierają sprawiedliwość. Na Phillipa Vermeera (Dentice) polują ludzie potężnej rodziny Saxonów, którzy oskarżają go o zabicie głowy ich rodu. W pewnym momencie w konflikt miesza się były szeryf, a obecnie rewolwerowiec Clayton (Van Cleef), który jest przeświadczony o niewinności Phillipa i może to udowodnić. Tyle, że takie rozwiązanie wcale nie pasuje nowej głowie rodu Saxonów - Davidowi, który chce się pozbyć Phillipa, gdyż ten jest jedyną przeszkodą na zdobyciu odkrytego przez ojca Phillipa złoża srebra.

Fabuła byłaby fajna, gdyby nie to, że jest ździebko przewidywalna. Mniej więcej już po 20 minutach filmu wiadomo kto zabił i jedyną zagadką pozostaje tylko ustalenie motywu zabójcy. Natomiast jeśli chodzi o motywy działań wszystkich innych postaci, to odniosłem wrażenie, że albo znowu twórcy nie chcieli wszystkiego zdradzić widzom, albo z filmu wycięto kilka mniej lub bardziej kluczowych scen.

Poza tym razi nietrzymanie się jednej konwencji. Pierwsza część filmu jest taką lekko awanturniczo-komediową opowieścią o rozgrywce pomiędzy ściganym, ścigającymi a mieszającym się w to wszystko Claytonem - coś w stylu "La Resa dei conti" ("The big gundown") z LVC i Thomasem Milianem. Natomiast druga jest ponurą walką Claytona z Saxonami, w której ścigany, czyli Vermeer, pojawia się co chwila i znika bez większego znaczenia dla fabuły filmu. Aż do samej końcówki, w której działa raz, ale za to szokująco bezsensownie.

Od strony aktorskiej jest tak sobie. Lee Van Cleef zagrał na poziomie dobrym, ale ciut niższym niż w "El Condor" (a więc to chyba będzie najsłabsza jego kreacja, jaką widziałem), a reszta obsady nawet się do jego poziomu nie zbliżyła. Zwłaszcza miałbym to za złe tym "złym", którzy są za bardzo groteskowi, żeby budzić w widzu jakieś negatywne uczucia.

Strzelaniny też są takie sobie. Są całkowicie pozbawione napięcia i fun'u, a finałowy pojedynek jest chyba najsłabszym spośród tych, które widziałem.

Reasumując, film można sobie odpuścić. Nawet Van Cleefowi nie udało się go uratować. Daję 4/10 i to jest najwyższa nota, na jaką zasługuje ten spagheciak.

Matrim - 20 Listopada 2012, 20:13

Co to ja... a tak, przełamać monopol spaghetti-westernów.

Kilka dni temu obejrzałem The Campaign z Willem Ferrelem i Zachiem Zajefajnikisem (tym od Kaców w Vegas). O tym, jak to polityka jest głupia, wszystko można kupić i w ogóle satyra na amerykańską klasę rządzącą. Przeciętnie, bez zachwytów, w sam raz do kolacji.

Ale na drugi dzień było Game Change. O kulisach kampanii prezydenckiej w USA w 2008 roku, gdy John McCain sięgnął (lub mu sięgnęli), po panią gubernator Palin, jako kandydatkę na wiceprezydenta. Miała być mistrzowska zagrywka, punkt zwrotny gry, Obama w odwrocie, a wyszło nie całkiem. Zdumiewające ile w tym było śladów wrażeń z poprzedniego seansu (j.w.), jacy głupi są Amerykanie, jak głupi potrafią być amerykańscy politycy i jak głupia polityka jest w ogólności.

Ale zagrane jest świetnie. Julianne Moore jako Palin jest zdumiewająco podobna, u Eda Harrisa charakteryzację widać bardziej, ale i tak daje radę. No i Harrelson, na swoim poziomie. Warto.

Ginnar - 20 Listopada 2012, 22:10

It's a wonderful life. Dobre stare naiwne kino ;)
Blue Adept - 20 Listopada 2012, 22:38

Mój rower - Prosta, ale wzruszająca historyjka. Polecam.
Dunadan - 20 Listopada 2012, 23:13

Revenant (Powrót trupa)
Dziwaczny film. Z jednej strony ciekawa, błyskotliwa fabuła z drugiej - miejscami tragicznie marne wykonanie... szkoda, bo film miał szansę być wyjątkowo ciekawy, a tak, jest tylko ciekawostką o której pewnie szybko zapomnę. Niemniej warto obejrzeć dla rewelacyjnych scen i tekstów.

ilcattivo13 - 21 Listopada 2012, 01:39

"Un genio, due compari, un pollo" ("A Genius, Two Partners and a Dupe"). Reżyseria Damiano Damiani (ale część przed napisami zrobił sam Leone), w rolach głównych Terence Hill, Miou-Miou, Robert Charlebois i Patrick McGoohan. I w jednej z epizodycznych ról Klaus Kinski. Muzyka - Ennio Morricone.

Parodia spaghetti westernu - sam nie wierzyłem, że kiedykolwiek coś takiego zobaczę - z kasą w tle. Zawadiaka Joe Thanks (Hill), przy pomocy pary przypadkiem napotkanych starych przyjaciół-złodziei, Lucy (M-M) i Billa Steam Engine'a (Charlebois) oraz jeszcze kilku innych ludzi, usiłuje obrobić pewnego chciwego i rasistowskiego majora (McGoohan), dowodzącego fortem usytuowanym gdzieś na środku zamieszkałej przez Indian pustyni, na 300 000 usdów. Tyle, że przy takim zgromadzeniu ludzi chciwych, nieuczciwych i w ich własnym mniemaniu genialnych nie ma bata, żeby plan wypalił.

To totalnie zakręcona komedia, w której nie da się przewidzieć, co w następnej minucie zaserwują nam twórcy. Jeśli "Django" jest ulubionym filmem Tarantino, to ten film musi być ulubionym filmem Guy'a Ritchiego. Przy czym GR nigdy się nie udało nakręcić filmu, w którym byłoby tyle zwrotów akcji...

Aktorzy są dobrani idealnie. Hill zawsze potrafił zagrać cwaniaka, ale tym razem jego Thanks był lepszy nawet niż jego starsi Trinity i Nobody. M-M niby gra słodką i naiwną dziewczynę, ale gdzieś pod tą blond czuprynką stale pracuje niezgorsza maszyneria, która wcale nie poprzestaje wyłącznie na rozgrywaniu Joe względem Billa i odwrotnie. Bill - pół-Indianin, który wcale się do tego nie przyznaje (jest czerwony, "bo słońce go spiekło'), panikarz i największy gamoń z całej bandy, też nie zawaha się wykorzystać każdej szansy, która może go ustawić finansowo na resztę życia. No i jest jeszcze cwany major Cabot, który kocha pieniądze równie mocno, jak nienawidzi Indian. No i postać grana przez Klausa Kinskiego - Doc Foster. Chyba nie dałoby się znaleźć lepszego nerwusa-aktora do roli nerwusa-rewolwerowca (przy okazji się okazało, że KK ma też talent komediowy).

Ten film trzeba koniecznie obejrzeć. Po pierwsze dlatego, że w czasie kiedy powstawał, wszyscy inni twórcy albo jechali w Twilight westerny i ich filmy robiły się coraz to bardziej ponure i tandetnie-krwawe, albo po raz setny odgrzewali pomysły-kotlety, których ludzie mieli już serdecznie dość. Drugi powód, dla którego trzeba ten film zobaczyć, jest taki, że jak obejrzał go jego producent i współtwórca - Sergio Leone, to poprzysiągł sobie, że już nigdy żadnego westernu nie zrobi. I słowa dotrzymał :mrgreen: A ja daję 8,5/10, bo miałem z tego filmu kupę radochy, a banan pewnie pozostanie mi na twarzy przynajmniej do piątku.

corpse bride - 21 Listopada 2012, 01:42

ilcattivo, ty to oglądasz i piszesz na bieżąco czy wklejasz recenzje zbierane dawniej?
ilcattivo13 - 21 Listopada 2012, 01:47

na bieżąco, a co? :D
corpse bride - 21 Listopada 2012, 01:47

nic, nic
ilcattivo13 - 21 Listopada 2012, 01:49

spoko - jeszcze na jutro mam 3 sztuki w planach, a potem przerwa, bo kiedyś w końcu muszę dokończyć obróbkę materiałów do prelekcji :wink:
hrabek - 21 Listopada 2012, 11:45

Dyskusję o Bondzie przeniosłem do wątku o Bondzie.
Nina Wum - 21 Listopada 2012, 12:52

Dark Knight Rises.
Dowolni bogowie, ależ się zawiodłam.

Recenzje były miłosiernie powściągliwe - prawie jak nekrologi -
ale nic nie przygotowało mnie na tak przemożny brak błyskotliwości.

Nudna, mętna, rozwleczona do imentu mamałyga z dialogami, jakby je
kto z framugi drzwiowej kozikiem wyrzezał (jeden dobry, trafiony
w punkt tekst Bane'a : "Do you feel in charge?" - no, jedyny na cały film!)

Swoją drogą, Bane prezentuje się świetnie, naprawdę.
Ma imponujące karczycho, które utrudnia mu odwracanie głowy
oraz fajoski kaganiec, uniemożliwiający spożywanie pokarmów stałych.
Tudzież płynnych.
Toteż Bane się nie odwraca - i nie spożywa.
Najwyraźniej zasilany jest czystą, nieskażoną nienawiścią do rodzaju
ludzkiego, ze szczególnym wyszczególnieniem Gothamitów (tylko, że nie.)
Bane posiada wyrzeźbione przedramię oraz styl. Te portki ,te
kamizelki, ta kurtałka z barankiem.
(Mój stary posiadał taką w latach dziewięćdziesiątych
- też tak szykownie stawiał kołnierz, kiedy szedł na bazar.)

Gdybym była czternastoletnim chłopcem, natychmiast przystąpiłabym
do fanklubu Bane'a.
Jestem jednak zrzędliwą odbiorczynią w okolicy trzydziestki
i uważam, że jeśli aktora pokarano ustrojstwem, zasłaniającym większość
twarzy z wyjątkiem oczu, to aktor powinien coś tymi oczami wyrażać.
Cokolwiek. Coś robić w ogóle, oprócz dawania ludziom w mordę.
Aha, i dobrać sobie mniej fikuśny akcent, coby nie bormotać
tak potwornie - bo niektórzy jednak oglądają filmy bez napisów, uprzejmie dziękuję.

Co jest w tym filmie dobrego? Mnóstwo rzeczy: zdjęcia, kostiumy
albo Joseph Gordon-Levitt. Kobieta-kot, która początkowo wydawała mi się
dość groteskową gidyją, potem jakoś tak się pozytywnie rozwija i nabiera tego
mitycznego Seksu.
Panowie starsi (Caine, Freeman, Oldman) twardo trzymają poziom.
Christian Bale robi to, co w dziełach z tej serii wychodzi mu najlepiej, czyli
składa usta w dzióbek.
Muzyki nie stwierdzono, ale może to i lepiej.

Natomiast scenariusz - i sensowność tegoż...
Czy to naprawdę ten sam reżyser? Bo zaczęłam myśleć, że
"Batman - the Beginning" nie był wcale takim drętwym
filmem, a to dość niepokojące.

Blue Adept - 21 Listopada 2012, 13:24

Nina - Świetna recenzja. :bravo Jakbyś ubrała w słowa moje wrażenia po obejrzeniu tego czegoś. Do tej pory trudno mi było się przyznać komukolwiek (nawet samemu sobie), że ten batman mnie nie zachwycił. No bo przecież Nolan, itp. :?
Pozdrawiam.

ilcattivo13 - 21 Listopada 2012, 19:44

"Se incontri Sartana prega per la tua morte" ("If You Meet Sartana Pray for Your Death"). Reżyseria Gianfranco Parolini, w rolach głównych Gianni Garko i William Berger, ale pojawiają się też Klaus Kinski, Fernando Sancho (jako Jose Manuel Francisco Mendoza Montezuma de la Plata Carezza Rodriguez, zwany także Generałem Tampico ;P: ), Sydney Chaplin (syn Charliego) i Gianni Rizzo.

Fabuła - pogoń za kasą. Właściciel banku (Rizzo) do spółki z jednym z lokalnych bogaczy (Chaplin) i meksykańskim bandytą (Sancho) postanawiają sfingować kradzież złota z transportu, aby później ukraść je razem z odszkodowaniem z ubezpieczenia. Tyle, że i bankier, i bogacz, i żona bankiera, i jeszcze pewna wdowa, kochanka bogacza, mają swoje własne plany odnośnie złota. Część z nich wynajmuje do ich realizacji bandytę Lasky'ego (Berger), którego prawą ręką jest zabójca Morgan (Kinski). W skutek nieudolności Morgana do gry przyłącza się także rewolwerowiec Santana (Garko)...

Film robiła ta sama ekipa, która nakręciła "Sabatę", ale w przeciwieństwie do niego "If You Meet Sartana...", jest całkowicie pozbawiony wątków komediowych, a także ma radykalnie zmniejszony poziom kiczu. Skomplikowano też fabułę - i spośród wszystkich oglądanych przeze mnie do tej pory spagheciaków ten ma ją zdecydowanie najbardziej zagmatwaną. Nie dość, że co chwila każdy każdego zdradza, to jeszcze występuje spory czynnik losowy, który dodatkowo wpływa na wydarzenia. Pod koniec akcja przyspiesza i zwroty akcji jeszcze bardziej się zagęszczają i choć wszystko jest czytelne i zrozumiałe, i prawie wszystko logiczne, to może to w końcu znużyć.

Jeśli chodzi o aktorów, to jest średnio-dobrze. Berger nie tylko nie razi tak jak w "Sabacie", ale nawet można by go za tę rolę pochwalić. Delikatnie i oszczędnie, żeby mu woda sodowa nie uderzyła do głowy, ale można. Drugi plan stoi na wysokim poziomie, ale po tych aktorach raczej nie można się było niczego innego spodziewać. Jedynie przyczepiłbym się do Kinskiego, ale tylko dlatego, że dostał tak słabą postać do odegrania i nie miał kiedy błysnąć talentem. Natomiast sam Garko, czyli Sartana, jest oki, ale mam do niego jakąś taką niewytłumaczalną awersję, która nie pozwala mi się cieszyć jego rolą.

Troszeczkę - naprawdę niewiele - zawiodłem się na ganfajtach. Jakoś tak zbyt sztuczne i wydumane wydają mi się strzelaniny w tym filmie. Cóż, nie wszyscy tak jak Giuliano Gemma rodzą się z rewolwerem w jednej i winchesterem w drugiej ręce i są karmieni mieszanką matczynego mleka i czarnego prochu...

Daję filmowi 5.5/10, ale bez bicia przyznaję, że to głównie z powodu niekompatybilności z Garko. Może po kolejnych częściach się do niego przekonam...

"If You Meet Sartana..." to pierwsza z pięciu oficjalnych części cyklu. A sama postać Sartany stała się tak popularna, że nakręcono także dziesięć nieoficjalnych kontynuacji, a w kilkunastu innych filmach, żeby przyciągnąć jak najwięcej widzów do kin, wsadzono "Sartanę" w tytuł. Na pewno polubią ten cykl wszyscy miłośnicy gadżetów rodem z Jamesa Bonda. Gatlingi, przedziwne dziwne pistolety i rewolwery (w "Sabacie" mieliśmy tego przedsmak w postaci siedmiostrzałowego derringera głównego bohatera), buty "ostatecznego" zastosowania (możliwe, że spełniają również funkcje ortopedyczne) i inne bajery.

Blue Adept - 21 Listopada 2012, 19:51

ilcattivo13 - :shock: Nie wiedziałem, że misie żywią się taśmą celuloidową... :wink:
Witchma - 23 Listopada 2012, 08:51

Pokłosie - nie pojmuję oburzenia na ten film, jakoś nie dostrzegłam, żeby to był film antypolski, raczej antysk****syński. Zupełnie też nie rozumiem, czemu ludzie mieliby po nim Stuhra znienawidzić, skoro on był raczej tym dobrym... :roll: Za wielu rzeczy wokół filmu nie rozumiem, sam film chyba zrozumiałam i uważam, że to dobry film, może i potrzebny.
Dunadan - 24 Listopada 2012, 01:41

Dark Knight Rises,
...


a tam,Nina Wum już wszystko powiedziała. Dochodzę do tego samego wniosku - Batman Begins był fajniejszy.

Fidel-F2 - 24 Listopada 2012, 11:40

King Konga oglądałem jakiegoś wczoraj, z przypadku w telewizorze. Kufa, po co ludzie robią takie filmy?

edit wygooglałem, że to Jacksona

Kruk Siwy - 24 Listopada 2012, 11:44

Jego wielkie (!) marzenie.

No i pacz pan, te małpe na końcu zabili...

Fidel-F2 - 24 Listopada 2012, 11:46

:?:
Kruk Siwy - 24 Listopada 2012, 11:55

A nie?
Fidel-F2 - 24 Listopada 2012, 11:57

A na końcu były różne napisy. I co z tego?
Kruk Siwy - 24 Listopada 2012, 13:45

A to, że King Kongów było kilka. No to miałem nadzieję, że ten Jacksona czymsiś mnie zaskoczy.
To taki żart był Fidelu.

dzejes - 24 Listopada 2012, 13:48

Mnie ogromnie zaskoczył. Zrobić remake 1 do 1 filmu sprzed prawie stu lat. Ho ho ho, to było zaskakujące. A jak się zaskoczeniu czuli finansujący te zabawy z małpą, to aż sobie wyobrazić nie umiem.
Dunadan - 25 Listopada 2012, 11:51

Tucker and Dale vs Evil
Uhahałem się :mrgreen: przedni film, fajnie było znów zobaczyć Tudyka. I te teksty :mrgreen: koniecznie do obejrzenia jak ktoś nie oglądał :)

Iscariote - 25 Listopada 2012, 12:21

Dark Knight Rises wszystko było już powiedziane w tym temacie. Dziwią mnie natomiast głosy ludzi, którzy twierdzą, że Bane był najlepszą częścią filmu.

Nowhere Boy O Lenonie po raz drugi, dlatego teraz z komentarzem reżyserki. Film dobry, ciekawostek sporo.



Partner forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group