Mechaniczna pomarańcza [film] - Ostatnio oglądane filmy
ilcattivo13 - 6 Października 2012, 20:38
"Juan of the dead". Zmiótł (wiosłem) "Zombieland" z najwyższego miejsca na podium i teraz to on jest najlepszym zombie-filmem ever. 9/10
"They call me Trinity" - planowana powtórka przed Falkonem, ubawiłem się jak zawsze
Fidel-F2 - 6 Października 2012, 21:37
| ilcattivo13 napisał/a | | Zmiótł (wiosłem) Zombieland z najwyższego miejsca na podium i teraz to on jest najlepszym zombie-filmem ever. 9/10 | bo ponieważ?
ilcattivo13 - 7 Października 2012, 00:40
Jest po prostu lepszy. Bardziej odjechany, dużo bardziej inteligentniejszy i ma to coś, czego nie miał "Zombieland" - miliony diabłów w milionach szczegółów. I tak sobie myślę, że gdybym "Zombieland" oglądał po "Juan of the dead", to w życiu nie dałbym "Z" 8,5/10. 7/10 tak, ale nie więcej.
************
A na zakończenie tak miłego filmowego wieczoru "Trinity is still my name". Oglądałem po raz czwarty czy piąty i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że ten film ma najlepsze sceny ever w przynajmniej trzech kategoriach: najlepsza scena westernowo-rodzinna, najlepsza scena westernowo-pokerowa i najlepsza scena kolacyjno-restauracyjna. A Hill i Spencer są najlepszym filmowym duetem ever. I tylko szkoda, że końcówka niespecjalnie do reszty filmu pasuje :/
terebka - 7 Października 2012, 08:30
| ilcattivo13 napisał/a | | A Hill i Spencer są najlepszym filmowym duetem ever. |
Znalazłoby się kilka lepszych. I to przy założeniu, że byłoby ich tylko kilka ever
ilcattivo13 - 7 Października 2012, 11:59
terebka - zakładam, że liczysz też "jednorazowe wystrzały"
terebka - 7 Października 2012, 16:19
Pisząc "jednorazowe wystrzały", rozumiem, że ograniczasz wybór wyłącznie do westernów, ilcattivo13
ilcattivo13 - 7 Października 2012, 18:12
nie, ograniczam się do tych duetów, które pojawiły się na ekranie przynajmniej 3 razy
Edit: "And God said to Cain...". Nareszcie ktoś, czyli Antonio Margheriti, docenił naszego rodaka z Sopotu, Klausa Kinskiego i dał mu główną rolę w jednym z najcięższych filmów gatunku.
Fabuła tradycyjna, oparta o motyw zemsty i pieniądze. Niewinnie oskarżony Gary Hamilton, po dziesięciu latach odsiadki w ciężkim więzieniu, wraca do miasteczka, by zemścić się na sprawcach swej niedoli. W tym samym czasie nad miasteczko nadciąga huragan.
Film zrobiono za bardzo małe pieniążki i to niestety widać, zwłaszcza na początku. Z drugiej strony, operator i reżyser potrafili nadrobić część tych niedostatków bardzo ładnymi i przemyślanymi ujęciami. Na plus zasługuje zwłaszcza scena przybycia Gary'ego do miasta: kilkudziesięciu bandziorów czeka na jego przyjazd, słońce zachodzi i w mieście położonym w dolinie już króluje szarówka, od której wszystko robi się coraz bardziej zmazane i nagle, na szczycie wzgórza, na tle jasnego jeszcze nieba pojawia się czarna sylwetka jeźdźca, oświetlona od tyłu ostatnimi promieniami słońca. Po krótkim wahaniu jeździec zjeżdża ze wzgórza wprost pod lufy bandziorów, a w tym momencie zrywa się pędzący chmury kurzu wicher...
Film ma też świetną i bardzo klimatyczną muzykę. I bynajmniej nie jest to wszędobylskie brzdąkanio-pliumkanie w stylu Morricone. Tutaj muzyka jest stosowana bardzo oszczędnie - tylko wtedy, kiedy jest absolutnie niezbędna i tylko wtedy, kiedy nie zagłusza odgłosów nocnej wichury i dzwonienia kościelnego dzwonu. I huku strzałów, ofkors.
Kolejnym plusem filmu jest to, że to nie jest kolejna głupia westernowa strzelanka. Margheriti stawia przed widzem pytania o sens zemsty i o to, czy człowiek może sobie rościć prawa do bycia wymierzającym sprawiedliwość biczem bożym.
Daję 8/10 - film sobie na to w pełni zasłużył.
terebka - 8 Października 2012, 10:20
Pryor & Wilder
Lemmon & Matthau
Kowalski & Hańcza
Nie w tym rzecz, że pamiętam akurat te i parę innych więc lecę z pamięci. Bo przecież byli jeszcze Flip i Flap czy Abbott i Costello. To nie były pary przypadkowe.
| ilcattivo13 napisał/a | | nie jest to wszędobylskie brzdąkanio-pliumkanie w stylu Morricone. |
Nie dogadamy się.
ilcattivo13 - 8 Października 2012, 19:39
terebka, wymienione przez Ciebie duety są jak najbardziej wspaniałe, a aktorzy genialni, ale chyba tylko Lemmon i Matthau, i może jeszcze Abbott i Costello, zbliżyli się do tego stopnia porozumiewania się bez słów i wzajemnego uzupełniania, jaki osiągnęli Hill i Spencer. Przy "Tarensie i Budzie" film mógłby w ogóle nie mieć scenariusza, tylko jakiś ogólny zarys fabuły, a oni i tak pociągnęliby całość. Domyślam się, że jak o nich myślisz, to masz przed oczami jedną z tych durnych komedii sensacyjnych, których nakręcili chyba z tysiąc, a które polegały w 99% na grubymi nićmi szytych, burleskopodobnych scenach bijatyk i to rzutuje na całość Twojego ich postrzegania. Tymczasem dylogia Trinity jest całkiem inna. Tutaj typowe dla nich bijatyki schodzą na dużo dalszy plan (poza końcówką drugiej części, która, jak już wspominałem, tylko psuje film), a na pierwszy wysuwają się różnice w intelekcie, charakterze, wychowaniu (tylko zazdrościć takich rodziców ) i podejściu do życia, które obydwaj naprawdę świetnie potrafili pokazać. Jak możesz, to obejrzyj te dwa filmy, a wtedy przyznasz mi rację.
Co do Morricone - facet jest geniuszem i jakbyś zobaczył moją płytotekę, w której mam więcej składanek utworów i OSTów, które skomponował Morricone, niż albumów Metalliki i G'N'R razem wziętych, to byś wiedział, że nie kpię, ani o drogę nie pytam Cytowana przez Ciebie uwaga odnosiła się tylko do tego, że muzyka Morricone często przytłacza film. Na liczniku mam już ponad 35 z 50 najważniejszych spaghetti westernów, z których w co najmniej dwudziestu kilku maczał muzyczne łapy Morricone, i każdy kolejny film z jego muzyką tylko podtrzymuje moje zdanie. Tymczasem muzyka w "And God said to Cain...", przy okazji którego wyraziłem swoje zdanie, jest całkiem inna. Nigdy nie wybija się na pierwszy plan, nigdy nie zagłusza naturalnych odgłosów (wiatru, tętentu kopyt, kroków, oddechów, itp.) i tylko je podkreśla. W dodatku jest bardzo oszczędna - nie ma tu ani jednej orkiestracji na 50.000 instrumentów tudzież trzy filharmonie naraz, tak jak to jest w "Dobrym, złym i brzydkim", "Wielkim Ciszy", "Vamos a matar, companeros" czy choćby w "My name is Nobody" (wrzuć sobie ten ostatni na YT i powiedz, że to nie jest brzdąkanio-pliumkanie ) - poza "Za garść dolarów", gdzie producenci dali bardzo ograniczony budżet na muzykę i musiał się zadowolić strzelaniem z bata, odgłosami wystrzałów, gitarą elektryczną i trąbkami . Carlo Savina zrobił naprawdę świetną robotę - nastrój, który Morricone robił przy pomocy połowy żyjących włoskich muzyków orkiestrowych, on potrafił wytworzyć przy pomocy jednego akordu granego na organach (scena w jaskiniach), albo walenia w bębny (coś jak u nas w "Panu Wołodyjowskim"). Nie da się wrzucić tego w odtwarzacz cd i posłuchać tak, jak słuchać można utworów Morricone, ale to jest właśnie prawdziwa muzyka filmowa - jej najważniejszym zadaniem jest potęgowanie nastroju filmu, a dodatkowe korzyści, jak słuchanie soundtracku w cedeku, są tylko dodatkowymi korzyściami i niczym więcej. I dlatego swojego zdania nie zmienię. Co piszę, podgwizdując sobie pod nosem motyw z wczoraj oglądanego "My name is Nobody"
Aha - Morricone był, jest i będzie geniuszem, i będę pierwszym, który tego będzie bronił, ale żadnemu ze spaghetti westernów, do których robił muzykę, nie przyklejono łatki "horror". A taką łatkę załatwiła filmowi "And God said to Cain..." muzyka Saviny
Edit: sorki za błędy, ale ten durny "słownik" w mozilli nie pokazuje mi, że mi ogonki w literkach znikają
Fidel-F2 - 8 Października 2012, 19:45
ilcattivo13, inspirujesz mnie
ilcattivo13 - 8 Października 2012, 19:48
e tam, po prostu po paru piwkach łatwiej mi się słowa w głowie wynajdują
Fidel-F2 - 8 Października 2012, 19:49
też tak mam
ale tytuły sobie notuję
ilcattivo13 - 8 Października 2012, 20:06
Żebyś pojawił się na Falkonie, to dowiedziałbyś się czegoś więcej poza tytułami
BTW. według moich ostatnich wyliczeń, Italiańcy przy pomocy Spaniszów i Francmanów walnęli w latach 60-tych i 70-tych ponad 200 spaghetti westernów. Do tego dochodzi co najmniej setka nakręconych w ostatnim trzydziestoleciu. 3/4 z tego ma jakość zbliżoną do naszego "Summer-time love" (to ten nasz mega-hicior z Lindą, Figurą i Valem Kilmerem), ale reszta stoi na dużo lepszym poziomie niż te amerykańskie badziewo, którym nas dawno temu telewizyjna dwójka karmiła. I naprawdę fajnie się te filmy ogląda
Matrim - 8 Października 2012, 20:12
A skąd Ty je bierzesz, hę?
merula - 8 Października 2012, 20:13
| Cytat | | Żebyś pojawił się na Falkonie, to dowiedziałbyś się czegoś więcej poza tytułami |
czyżbyś miał jakiś punkt programu?
ilcattivo13 - 8 Października 2012, 20:32
Matrim - prawdę mówiąc, to 90% tytułów jest dostępna w sieci. Można je obejrzeć za darmo, ale w gorszej jakości - za wersje zremasterowane trzeba płacić. Jedyny problem jest taki, że większość spagheciaków ma przynajmniej kilka angielskich tytułów (rekordziści maja ponad dziesięć, z których żaden nie jest niczym związany z innymi), pod którymi je wydawano w USA/UK i stąd ciężko je znaleźć. Ciężko, ale "dasię". I to bez piratowania
merula - jeszcze mi nie odpowiedzieli, ali liczę na to, że tak
Matrim - 8 Października 2012, 21:18
| ilcattivo13 napisał/a | | Można je obejrzeć za darmo, ale w gorszej jakości |
Jest jakaś strona konkretna? Bo mnie też po tych Twoich ostatnich wpisach nastrój westernowy wziął.
ilcattivo13 - 8 Października 2012, 21:30
Część znajdziesz na dailymotion, część na YT, część na serwisach typu http://www.maniavid.com/ czy podobnych. Niestety, nie ma jednego adresu, pod którym można by było obejrzeć jakąś większą ilość filmów i trzeba, biorąc przykład z "Filipa of Konopie", skakać z serwisu na serwis... Ale jak wpadniesz do mnie, to obejrzymy na projektorze to, co mam na oryginalnych płytach
Słowik - 9 Października 2012, 07:49
| Cytat | Jesteś muzykiem? I lubisz stare polskie piosenki?
Mam fajną składankę. Chodź, puszczę ci. |
Fidel-F2 - 9 Października 2012, 07:51
Słowik, ten film to w zasadzie można by cytować scena po scenie i za każdym razem byłoby śmiesznie
Słowik - 9 Października 2012, 08:10
Dokładnie, koleś popełnił scenariusz życia.
hrabek - 9 Października 2012, 08:22
To macie, poczytajcie:
http://www.filmweb.pl/fil...z+filmu,1034361
Słowik - 9 Października 2012, 08:24
hrabek, ja to wczoraj oglądałem
Matrim - 9 Października 2012, 08:55
ilcattivo13, dzięki, zerknę.
I uważaj co piszesz Kilka lat temu przed pierwszą wyprawą do Szkocji rozsyłałem maile z pytaniem o zatrudnienie po hotelach i innych takich. Z jednego pensjonatu odpisał mi pan, że niestety są zbyt mali, żeby zatrudnić trzy dodatkowe osoby, ale skoro jestem z Polski, to może mu przetłumaczę tekst z jego strony www. Przetłumaczyłem, ucieszył się i napisał, że jak będziemy w okolicy to żebyśmy wpadli... Jaką miał zdziwioną minę, gdy po dwóch miesiącach, czerwcowym wieczorem, dwóch zmordowanych polskich studentów stanęło na progu. I przez trzy dni miał potem namiot na trawniku
ilcattivo13 - 9 Października 2012, 10:56
Matrim - jakbym się bał, to bym tamtego nie napisał A ten gościu ze Szkocji, jak już wyjeżdżaliście, krzyczał "Freeeeeeedoooooom!!!"?
shenra - 9 Października 2012, 11:03
Giganci ze stali, takie se.
terebka - 9 Października 2012, 12:59
Przyznaję bez bicia, ilcattivo13. Moją opinię na temat filmów z udziałem pary Hill & Spencer ukształtowały filmy z bijatykami, właśnie te sensacyjne. Obejrzałem może trzy, czy cztery, z czego większość nie do końca. Nie są to raczej aktorzy wysokich lotów, bez względu na to jak dobrze by się rozumieli i dopełniali. Poza tym, kiedy się ogląda całkiem sporego i, co by nie powiedzieć odrobinę już leciwego Buda Spencera klepiącego hordy łotrów w tempie adagio, kwestią chwili jest złożenie sobie solennego przyrzeczenia: nigdy więcej tego widoku. Ten widok może w człowieku wyrobić mylne przekonanie, że też potrafi, ze skutkiem bardzo opłakanym
Ze mną jest tak, że jak już coś wywrze na mnie silne wrażenie, często do tego wracam. Tak jest z książkami, i tak jest też z płodami dużego ekranu. Z upodobaniem wracam do filmów pary Leone & Morricone, właśnie dlatego, że wspaniale się dopełnili. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałyby te najsłynniejsze filmy pierwszego bez muzyki drugiego, choć drugi akurat świetnie sobie radził i radzi bez pierwszego. Ciągnące się w nieskończoność sceny i monumentalna muzyka, czasami przytłaczająca, jednak dopasowana idealnie. Cierpią na tej mojej ułomności inni twórcy. Bardzo późno raczyłem zauważyć, że literatura grozy to nie tylko King, Masterton i Koontz Tak samo jest ze spaghetti westernami - very je lubię, ale jednocześnie odrzuca mnie od westernów czysto hollywoodzkich, z drobnymi wyjątkami, jak 'Rio Bravo', 'Silverado' czy 'Mały wielki człowiek'. I drugie ale: nie wgłębiłem się w macaroni western dalej, niż do tego miejsca na prerii, które wydeptali wspólnie Leone i Morricone. Przyznaję, to jest coś, co będę jeszcze musiał nadrobić.
ilcattivo13 - 9 Października 2012, 13:08
ano właśnie - jesteś reprezentantem tych 99,99999% populacji, która ze spaghetti westernów widziała tylko filmy Leone i stąd takie a nie inne Twoje zdanie Ale jak nadrobisz zaległości, to może się to zmienić. Zwłaszcza, że to nie Leone wymyślił spaghetti westerny i jego filmy wcale nie należą do tych najbardziej klasycznie klasycznych, bo za dużo w nich holiłódzia
A Bud Spencer w obu Trinity ledwie co przekroczył 40-stkę, więc "podstarzały" nie jest zbyt trafne. Enyłej, dopóki nie obejrzysz, dopóty będziesz tkwił w błędzie
terebka - 9 Października 2012, 13:27
ilcattivo13, nie czynię z siebie znawcy w dziedzinie spaghetti westernów, uchowaj Manitou! Pod żadnym względem, muzycznym też. Garść 'holiłódzia' doprawiła filmy Leone, stały się w moim odczuciu idealne. Jeśli zabrzęczałem, to tylko na nazwanie muzyki Morricone brzdąkanio-plumkaniem. Prawdopodobieństwo, iż nie zrozumiałem Twych intencji jest bardzo wysokie.
Trinity nie widziałem, jak i masy innych. Zaledwie tych kilka z miejscem akcji bardziej współczesnym, ale i tego dość, by szukając najbardziej dobranych duetów filmowych, omijać Hilla i Spencera. Niewykluczone, że kiedyś, posiadając większy zapas wiedzy, zmienię zdanie.
ed.
Matrim - 9 Października 2012, 18:53
| ilcattivo13 napisał/a | A ten gościu ze Szkocji, jak już wyjeżdżaliście, krzyczał Freeeeeeedoooooom!!!? |
Ty się nie śmiej, bo to pod Stirling było. Serio A Jon i Diane, jak już zauważyli, że chyba ich nie zamordujemy we śnie, bardzo nam pomogli. Eh, to były czasy...
| terebka napisał/a | | ale jednocześnie odrzuca mnie od westernów czysto hollywoodzkich, z drobnymi wyjątkami, jak 'Rio Bravo', 'Silverado' czy 'Mały wielki człowiek'. |
A "W samo południe"? "Bez przebaczenia"? "Siedmiu wspaniałych" (no dobra...)? "Butch Cassidy i Sundance Kid"? "Tańczący z wilkami"? "Płonące siodła?" "Sułtani westernu"?
|
|
|